Już po koniec 2025 r. w mediach głównego nurtu nieśmiało zaczęła przebijać informacja, że nic nie będzie z szumnie zapowiadanej przez lewicę reformy Państwowej Inspekcji Pracy. „Donald Tusk się wściekł” – podawały półgębkiem spacyfikowane przez Koalicję Obywatelską środki przekazu, opisując spięcie między premierem z Koalicji Obywatelskiej a jego lewicową pomagierką, szefową resortu rodziny Agnieszką Dziemianowicz-Bąk. Pani minister chciała dobrze, a wyszło jak zwykle – Tusk uznał, że nie opłaca mu się rozjuszać swojego bardziej liberalnego gospodarczo elektoratu, szczególnie spośród biznesu, któremu opłaca się korzystanie z mocno uśmieciowionej pracy samozatrudnionych, i stosunkowo niewielkiego grona bardzo dobrze prosperujących osób, prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą.
Wielkie „nic” z reformy PIP
Polski rynek pracy jest coraz bardziej uśmieciowiony, co prędzej czy później odbije się na funkcjonowaniu całej gospodarki i systemu usług społecznych, a docelowo doprowadzi do jeszcze większej radykalizacji postaw politycznych. I to w sposób, który zaszkodzi wszystkim starym formacjom politycznym – łącznie z partią Donalda Tuska. Choć dzisiaj nie jest to pewnie jego zmartwienie: doraźne interesy każą mu wierzyć, że więcej osiągnie, tamując pomysły lewicy i po cichu, choć skutecznie, przyzwalając na dalszy dryf polskiego rynku pracy ku narastającemu uśmieciowieniu. Bo coraz rozleglejsze stosowanie umów cywilnoprawnych, także w formule B2B, która praktycznie odbiera ludziom korzyści wynikające z prawa pracy, do tego się sprowadza. Kto potrafi łączyć kropki, ten doskonale zdaje sobie sprawę, że to dalszy krok ku niszczeniu demografii. I właśnie się okazało, że Lewica w tym rządzie niewiele albo zgoła nic nie może. Intuicja Razem, by w porę wymiksować się z „koalicji z koalicją”, okazała się nader trafna.
We wtorek o sprawie przesądził Donald Tusk, mówiąc, że reformy PIP, w formie zapowiadanej przez resort rodziny, pracy i polityki społecznej kierowany przez Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, nie będzie. Przypomnijmy, że reforma PIP zakładała umożliwienie okręgowym inspektorom zmiany umowy o dzieło, umowy-zlecenia czy B2B na umowy o pracę. Za wprowadzeniem nowego uprawnienia dla inspektorów przemawiała m.in. skala zawierania umów cywilnoprawnych zamiast umowy o pracę, czemu – zdaniem resortu rodziny – bezwzględnie należy przeciwdziałać. Jeszcze kilka miesięcy temu politycy lewicy triumfalnie zapowiadali, że uda im się wprowadzić te zmiany, wskazując na ich unijny kontekst. Okazało się jednak, że kalkulacje sondażowe Donalda Tuska i jego wola polityczna przesądziły o sprawie. W tym momencie Lewica została wprowadzona do narożnika. I jedyne, w czym się będzie mogła twórczo spełniać, to szczucie na prezydenta Karola Nawrockiego. W tej roli znakomicie czuje się postkomunista, „towarzysz marszałek” Włodzimierz Czarzasty.
Lewica mocna w gębie
Wszystko wskazuje na to, że zarówno premierowi, jak i całej Koalicji Obywatelskiej tego typu lewica jako sojusznik wystarczy do szczęścia. To szczególnie zabawne – kto nieco lepiej zna lewackie piekiełko w Polsce, ten wie, jak pryncypialnie był tam oceniany tzw. alt-left w czasach rządów PiS. Nie było tygodnia bez pohukiwania na socjalszowinistów, „wysługujących się” partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie było też tygodnia bez wskazywania, że PiS w sprawach społecznych wszystko robi źle albo znacznie mniej, niż trzeba. Dziś lewica, współrządząc, może tylko klaskać Tuskowi albo bezsilnie zaciskać pięści i robić dobrą minę do złej gry. Wystarczy przez pięć minut posłuchać radia, pooglądać telewizję, poczytać socialmedia, by zobaczyć, jak w okrągłe słówka politycy Nowej Lewicy ubierają swoją klęskę. Tusk splunął im wyżej niż na nogawki, a oni z mistrzowskim talentem udają, że to deszcz.
A przecież nie chodzi tylko o kwestię reformy PIP. Lewica Czarzastego „leży i kwiczy” właściwie w każdej społecznej sprawie. Nie odpowiada co prawda za resort zdrowia, ale nie może sobie pozwolić na przesadną krytykę zapaści i demontażu publicznej ochrony zdrowia. W placówkach zdrowia właśnie się kończy PiS-owski program „Dobry posiłek w szpitalu”. Znamienne, że w tej sprawie opinię publiczną alarmuje nie lewica, lecz Związek Powiatów Polskich. Zdaniem samorządowców brak kontynuacji programu to nie tylko cofnięcie się o lata wstecz, ale także realne zagrożenie dla zdrowia pacjentów i bezpieczeństwa terapii. Lokalni włodarze nie mają wątpliwości: bez wyodrębnionych środków na żywienie dyrektorzy będą zmuszeni ciąć wydatki właśnie na jedzeniu – bo to najszybszy sposób „szukania oszczędności”. Ze skali problemu zdają sobie sprawę również zwykli Polacy. Z najnowszego badania OGB, przeprowadzonego wraz z Longevity Foundation, wynika, że aż 60 proc. ankietowanych uważa, że zakończenie programu pogorszy jakość jedzenia dla pacjentów.
Prywatyzowanie zysków, upublicznianie strat
Na tym nie koniec: Lewica jako koalicjant neoliberałów będzie w tym roku przyglądać się zamykaniu szpitali powiatowych i porodówek; będzie udawać, że pracuje nad poprawą losu opiekunów osób z niepełnosprawnościami, choć w środowisku coraz bardziej wrze; wreszcie – lewica będzie sygnować budżetową zapaść, dalszy wzrost bezrobocia i marniutki wzrost płacy minimalnej. Aż w końcu, jak w znanych memach, skończy w masce błazna. Na marginesie: jeszcze większym grzechem lewicy jest to, że firmuje układ, który wprost uprzywilejowuje najbogatszych, a najgłębiej sięga do kieszeni mniej zamożnym. Nie przesadzam ani trochę. Branżowy portal Rynek Zdrowia pisze wprost: „Składka zdrowotna w górę w 2026 r. Emeryci, budżetówka i najniżej zarabiający zapłacą więcej”. Ile to się trzeba nakrzyczeć o konstytucji i demokracji, żeby usatysfakcjonować najbardziej chciwy i egoistyczny społecznie żelazny elektorat Koalicji Obywatelskiej. Medialno-polityczno-biznesowa oligarchia na pewno nie zapomni lewicy, że się do tego przyłożyła. I będzie traktowała ludzi Włodzimierza Czarzastego nieco mniej pogardliwie. Albo znajdzie dla nich nieco więcej miejsca w różnych radach nadzorczych i publicznych instytucjach z wielką energią przeszukujących internety w poszukiwaniu najdrobniejszego śladu prawicowego i alt-leftowego populizmu.
Kto zna dzieje rodzimej lewicy w III RP nie jest właściwie zdziwiony, że kolejny rozdział tej opowieści zmierza do tego samego końca co zwykle. Różnica jest taka, że za Leszka Millera postkomunistyczna lewica była w stanie samodzielnie rozdawać karty. Z jednej strony z maestrią cynicznie grała na socjalnych frustracjach pierwszej dekady transformacji, z drugiej – była w awangardzie neoliberalnych przemian. I nigdy nie zapominała o własnej kabzie. Dziś starzy postkomuniści pokroju Czarzastego i „byli ideowcy” pokroju Dziemianowicz-Bąk grają po prostu tak, jak im zagra Tusk. I jak zwykle zajmują się tym, co w III RP potrafią najlepiej: prywatyzowaniem politycznych zysków i uspołecznianiem strat.
Kierwiński atakuje za nagłośnienie⁰gwałtu w policji. Komendant główny policji w ciągu godziny od zgłoszenia miał już wiedzieć o skandalu❗️
— GP Codziennie (@GPCodziennie) January 9, 2026
Więcej ℹ️ na » https://t.co/1HYRtWjbz8#GazetaPolskaCodziennie dostępna w punktach sprzedaży lub online📲https://t.co/5oUNtNgoqJ pic.twitter.com/ylkP82xUde