Dziś, gdy Szymon Hołownia okazuje się – być może chwilowo – kolejną polityczną wydmuszką, a jego imponujące wyniki sondażowe brutalnie zweryfikował powrót do kraju Donalda Tuska, łatwo jest zapomnieć, jak obserwatorzy polskiej sceny politycznej przyjęli jego wejście do gry.
Wybory prezydenckie i umizgi do konserwatystów
Gdy Szymon Hołownia ogłosił start w wyborach prezydenckich, niemal wszyscy spodziewali się, że za jego decyzją stoi plan powtórzenia sukcesu Pawła Kukiza sprzed pięciu lat. Tak, jak Kukiz zmobilizował nowe grupy wyborców, by ostatecznie większość z nich wsparła siłą rozpędu tego z dwójki uczestników drugiej tury, który był gwarancją zmiany, tak Hołownia ułatwić miał (według niektórych był to wręcz jedyny cel jego kandydowania) odzyskanie Pałacu Prezydenckiego przez Platformę Obywatelską. W związku z tym spodziewano się licznych ukłonów świeżo upieczonego polityka w stronę konserwatystów, a zdobywanie wśród nich poparcia ułatwić miał jego chrześcijański background – związki z Kościołem i poświęcona kwestiom wiary publicystyka.
Tymczasem, choć faktycznie Hołownię poparło, zwłaszcza w pierwszej fazie, wielu zniechęconych do PiS lub niemających wcześniej reprezentacji katolików, trudno przypomnieć sobie jakikolwiek gest w ich stronę ze strony najpierw kandydata na prezydenta, a później lidera nowej siły politycznej. Wręcz przeciwnie, jego środowisko od początku oparło się na osobach bardzo mocno kojarzonych z PO lub bezpośrednio z Donaldem Tuskiem lub Bronisławem Komorowskim. Znaczących transferów z drugiej strony właściwie nie było, zwłaszcza na poziomie ogólnopolskim.
Ideowe kluczenie i nieoczekiwany tego skutek
Nie było też żadnych jednoznacznych deklaracji ideowych, a Hołownia zdecydowanie odcinał się od dawnych wpisów na temat aborcji, unikał też deklaracji na temat własnego stanowiska w sprawie złagodzenia przepisów, zamiast tego pojawiła się zapowiedź kluczenia, gdyby trafiła ona na jego prezydenckie biurko. I cóż, ta strategia opłacała się bardzo długo, choć przynosiła też pewne straty. Na przykład to, że ok. 15 proc. jego wyborców z pierwszej tury wyborów prezydenckich w drugiej oddało głosy na Andrzeja Dudę, spowodowało trwającą do dziś niechęć wielu „silnych razem” sympatyków PO, wypominających Hołowni w najlepszym razie zbyt słabe zaangażowanie na rzecz ich kandydata, w najgorszym – zdradę.
Choć Czytelnika „Gazety Polskiej Codziennie” zapewne fakt ten zadziwi, nie brakuje i dziś zwolenników PO czy nawet Lewicy uważających lidera Polski 2050 za przyszłego koalicjanta PiS, działającego z misją rozbijania opozycji. Nawet gdy po głosowaniu w sprawie ustawy medialnej napisał tweeta o zamachu stanu i zamianie „dumnego polskiego parlamentaryzmu w szambo”, ze zdziwieniem musiał przeczytać opinie sympatyków Platformy, że jest winien tego stanu rzeczy. Hołownia nie wyciąga z tego jednak żadnych wniosków i wciąż patrzy tylko w jedną stronę, równocześnie unikając jak ognia jakichkolwiek konkretnych deklaracji poza ogólnikowym przekreślaniem PiS. Jeszcze nie wycofuje z bibliotek swoich starych publikacji, jak czyniła to polska noblistka, wydaje się jednak, że ten moment musi kiedyś nadejść.
Porozumienie – partia ciepłej wody w kranie
Pierwsze deklaracje Jarosława Gowina po jego odejściu z rządu Zjednoczonej Prawicy można było odebrać jako zapowiedź pójścia w tym samym kierunku, jakiego początkowo spodziewano się po Szymonie Hołowni. Trochę wielkich słów i patriotycznej retoryki, antykomunistyczne odwołania używane jako słowa wytrychy w obronie doktryny liberalnej, krytyka podnoszenia podatków dla lepiej zarabiających i strojenie się w piórka obrońców przedsiębiorców i wolności słowa, wszystko zaś umieszczone w kontekście istniejącej w polityce wolnej przestrzeni między Platformą a PiS.
I tak samo jak w przypadku Hołowni bardzo szybka weryfikacja. Politycy Porozumienia dziś fotografują się chętnie i z uśmiechem z kolegami z opozycji, również tej najbardziej totalnej spod znaku Platformy, w sposobie krytyki PiS i jego wyborców niewiele się od nich różniąc. Wygląda więc na to, że cienka warstwa prawicowości i konserwatyzmu ściera się z ludzi w otoczeniu Gowina bardzo szybko, a całe Porozumienie dryfuje w kierunku stania się bezideową partią ciepłej wody w kranie. Partii, która nie mając żadnych szans na samodzielne zaistnienie w polityce, swą rolę widzi już tylko w umożliwieniu zdobycia celów silniejszym graczom. Pokazuje to choćby zapowiedź udziału w planowanym przez Donalda Tuska odwołaniu marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Zważywszy na to, że Tusk zastąpić chce ją Małgorzatą Kidawą-Błońską, można w tym widzieć pewną ironiczną sprawiedliwość, bo przecież to Gowin de facto utrącił jej marzenia o prezydenturze.
Kierunek wskazała jednak już mająca miejsce kilka miesięcy temu konwencja Porozumienia, gdy partia ta formalnie była jeszcze w Zjednoczonej Prawicy. W kwietniu wiele osób spodziewało się ważnych decyzji ze strony Jarosława Gowina, jednak spotkanie przyniosło jedynie olbrzymią porcję hołdów młodych działaczy pod adresem przewodniczącego, a on sam zaprezentował mowę okrągłą, tam gdzie odwoływał się wciąż do konserwatyzmu – niekonkretną, zapowiadającą jednak choćby „przyjazny rozdział państwa i Kościoła”. Wydarzenie to, bardziej przypominające korporacyjny event i bliższe stylowi Ryszarda Petru w formie, a Szymona Hołowni w treści, zapowiadało, jak widać, przyszłość liberalnego skrzydła Zjednoczonej Prawicy. Kolejne ugrupowanie weszło wówczas na ścieżkę koniunkturalnej bezideowości, by dziś stać się na niej prymusem.