Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wojciech  Mucha
07.09.2025 10:00

Wielka gra, czyli konsekwencje przywództwa

Sukces wizyty prezydenta Karola Nawrockiego w USA jest pełen. Nie była ona jedynie potwierdzeniem „doskonałych relacji prezydenta RP z Donaldem Trumpem”. Nie była to też tylko „kwestia wizerunkowa”. Deklaracje płynące z tego spotkania pozwalają bowiem z większym niż dotychczas optymizmem spoglądać na przyszłość stosunków polsko-amerykańskich, politykę bezpieczeństwa w naszym regionie i rolę Polski.

Wizyta Karola Nawrockiego w Białym Domu była wydarzeniem bez precedensu. Przede wszystkim dlatego, że odbyła się niemal natychmiast po zaprzysiężeniu prezydenta. Nie zdarza się bowiem często, by tego typu spotkania miały miejsce jeszcze przed upływem pierwszego miesiąca od wyborów. Świadczy to – poza dobrą wolą amerykańskiej administracji – o chęci wysłania błyskawicznego sygnału w świat, ale i o wyjątkowej roli Polski i samego Nawrockiego w politycznej geografii Europy. 

Opcja maksimum i jeszcze więcej

Co jednak istotne, o tym, że taki sygnał w świat pójdzie, było wiadomo. Pewne również było, że poza oczywistym wizerunkowym potencjałem tej wizyty pojawią się konkrety, a te są – przyznajmy – rzeczywiście imponujące. Jak pisał portal Niezależna.pl, „Trump zadeklarował, że amerykańscy żołnierze zostaną w Polsce, a jeśli Polacy chcą, USA mogą rozmieścić ich więcej. Nawrocki przekazał, że podczas zamkniętej części spotkania w Białym Domu rozmawiał z prezydentem Trumpem o zwiększeniu liczby amerykańskich żołnierzy oraz zwiększeniu stałej ich obecności w Polsce. Jak słyszymy, szef prezydenckiego BBN Sławomir Cenckiewicz i amerykański sekretarz obrony Pete Hegseth mają zająć się planem zwiększenia amerykańskiej obecności w Polsce. Już ta deklaracja może być uznana za realizację „opcji maksimum”, a przecież na niej się nie kończy. Jak przekazano, podczas dwugodzinnego lunchu roboczego liczba poruszonych tematów „zdawała się nie kończyć”. 

Czy można było się jednak tego spodziewać? Tak, trzeba było. Dlaczego? Cóż, Amerykanie z Trumpem na czele rozpoznali Karola Nawrockiego jako reprezentującego „obóz niepodległościowy” sojusznika jeszcze na długo przed wyborami. Nic dziwnego, musieli przecież mieć świadomość tego, że tylko pod jego przywództwem Polska nie wypadnie z „wielkiej gry”, stając się junior partnerem Niemiec, że nie pozwoli on na „domknięcie systemu”. By być o tym przekonanym, wystarczyło pamiętać nie tylko wizytę Nawrockiego w Białym Domu w trakcie kampanii wyborczej ze słynnym „You will win”, które tak było wyśmiewane przez polityków koalicji 13 grudnia. Ale także słowa, jakie na polskiej edycji CPAC w Rzeszowie wypowiedziała przed wyborami Kristi Noem, amerykańska sekretarz bezpieczeństwa. Przypomnijmy je. 

Noem, przedstawiając stanowisko USA (niewątpliwie pochodzące od samego Donalda Trumpa), przestrzegała wówczas, że jedynie Nawrocki daje pewność tego, że nie zostanie zachwiana architektura bezpieczeństwa, a same USA nie będą zmuszone do przemyślenia swojej roli w naszym regionie. – Jeśli wybierzecie lidera, który będzie współpracował z Trumpem, Polska będzie miała silnego sojusznika. Granice będą bezpieczne. Społeczeństwo będzie bezpieczne. Wojsko amerykańskie pozostanie tu – razem z najlepszym sprzętem. (…) Przywództwo ma konsekwencje. Potrzebujecie lidera, który was poprowadzi. Ameryka chce być waszym sojusznikiem – w obronie wolności, bezpieczeństwa i dobrobytu – mówiła o Nawrockim, mając świadomość, że tylko wywodzący się ze środowiska polskiej prawicy prezydent zapewni możliwość dalszej obecności USA w naszym regionie – gospodarczej, ale i wojskowej na wschodniej flance NATO.

Nie ma sensu poświęcać im czasu

Środowa wizyta Nawrockiego w Białym Domu jest więc potwierdzeniem słów Noem i konsekwencją przywództwa polskiej głowy państwa. To dlatego, mając więc tę wiedzę i w obliczu tego, co widać po pierwszych tygodniach prezydentury (nikt nie ma wątpliwości, że prezydent RP jest świadomy swojej roli), wzruszeniem ramion można było zbywać podrygi polityków koalicji 13 grudnia z Donaldem Tuskiem i Radosławem Sikorskim na czele. Ci oczywiście nie ustawali w próbach deprecjonowania Nawrockiego i pokazywania go jako żółtodzioba, którego trzeba specjalnie instruować i rugać, by nie popełnił szkolnych błędów. 

Prezydent niemal ostentacyjnie zignorował te pohukiwania, prężenie muskułów i „dobre rady” podsuwane mu przez ludzi mających zablokowane drzwi w Białym Domu, a mówiąc wprost: skompromitowanych w kwestiach swoich relacji z Trumpem. I bardzo dobrze, że ich zignorował, bo dziś nawet niekoniecznie sympatyzujący z Nawrockim komentatorzy zwracają uwagę, że „wszedł on do pierwszej ligi”. W której lidze grają zatem Tusk i Sikorski, uwieszeni u klamek Brukseli i Berlina? 

I dlatego ważne jest, byśmy i my nie dawali się złapać w tę pułapkę, którą na Nawrockiego usiłował i wciąż usiłuje zastawić obóz III RP, pokazując go jako człowieka niesamodzielnego, nieobytego, niezdolnego do samodzielnego działania. Owe protekcjonalne wycieczki pod adresem prezydenta mówiące, że „nie chcemy fotek, a konkretów”, czy – przyznajmy, dość nieudolne i kompromitujące – próby przypisywania sukcesów wizyty w USA komuś innemu niż sam Nawrocki (np. w Onecie jeden ze znanych z bujnej fantazji komentatorów pisze, że ta wizyta to sukces… Władysława Kosiniaka-Kamysza) brzmią żenująco. Powiedzmy to wprost – wszystko, co się udało, udało się pomimo, a nie dzięki koalicji 13 grudnia. 

Tego typu narracja ma jednak określony cel – umniejszać pozycję prezydenta. I choć po wydarzeniach w Waszyngtonie będzie o to trudniej, to nie powinniśmy zanurzać się w debatach nad tym, czy panowie Trump i Nawrocki dobrze wyglądali na zdjęciach (tak, wyglądali dobrze) i czy prezydent RP nie popełnił lapsusu językowego (nie popełnił). To wszystko jest umiarkowanie ważne. 

To dopiero początek

Warto więc zostawić takie dyskusje dla portali plotkarskich, ale także polityków i mediów, którzy – nie miejmy złudzeń – będą starali się za sprawą takich narracji zaciemniać obraz. Ten jest tymczasem wyjątkowo jasny – Polska może liczyć na to, że szczególne więzi pomiędzy naszymi krajami zaowocują jeszcze głębszą współpracą. I co ważne – dzieje się to pomimo kłód rzucanych przez Donalda Tuska i jego politycznych patronów, którzy nie ukrywają, że chcieliby „Europy bez Stanów Zjednoczonych, bez amerykańskich sił zbrojnych”. Co ciekawe, może się okazać, że ich modły zresztą w jakiś sposób się wypełnią, jeśli wojska skądś bowiem znikną, to – jak wynika z deklaracji Trumpa – na pewno nie z Polski. Chyba nie o to chodziło Brukseli, Berlinowi i Moskwie. 

Wszystko to jest oczywiście zasługą Karola Nawrockiego, ale także jego środowiska politycznego, które konsekwentnie od lat prowadzi politykę opartą na trwałym sojuszu transatlantyckim i wartościach zbliżonych do prezentowanych przez republikanów w USA. Ale to także zasługa tych wyborców, którzy zrozumieli, że „przywództwo ma konsekwencje”, a więc całego obozu niepodległościowego. Tak, to Państwa zasługa. Dzięki Wam w trwającej „wielkiej grze” nie będziemy jako Polska jedynie pionkami, co niewątpliwie nam groziło. 

Pamiętajmy więc, że dopóki trwają szkodliwe rządy koalicji 13 grudnia, zagrożenie owo wciąż pozostaje realne. I choć po sukcesie Nawrockiego w USA będzie im trudniej, to nie miejmy złudzeń – system władzy w Polsce się nie zmienił, wciąż to rząd decyduje o większości spraw i posiada większość narzędzi. A jeśli ktoś walczy o polityczne „być albo nie być”, to nie zawaha się przed użyciem tych narzędzi – nie do tego, by wzmacniać naszą podmiotowość, ale do własnej obrony.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej