Ale to wcale nie zawsze oznacza, że pisarze, którzy ją otrzymują, nie są warci przeczytania. I tak jest z prozą Annie Ernaux. Jest oczywiście prawdą, że jest ona przeniknięta ideałami roku 1968, jest feministką, zwolenniczką aborcji, ma skrajnie lewicowe poglądy. To wszystko prawda, ale to niczego nie odbiera jej książkom, a przynajmniej tej jednej, którą dotąd przeczytałem. Jest w „Latach” (bo o tej pozycji mówię) oszczędny język, skupienie się na pamięci, próba zachowania tego, co nieuchronnie ulega zniszczeniu. „Lata” to także niesamowita opowieść o doświadczeniu pewnego pokolenia, o radykalnej zmianie (społecznej, technicznej, obyczajowej), która dokonała się w ciągu kilkudziesięciu lat.
Jest w niej gorycz zawiedzionych nadziei oraz lęk przed zapadnięciem się w niepamięć. Czy ta proza jest polityczna? W pewnym sensie tak. Ernaux nie ukrywa swoich poglądów, momentami nimi epatuje, ale odnaleźć się w niej może każdy. Bo i na lewicy, i na prawicy przeżywamy rozczarowania, doświadczamy prawdy o tym, że nasze marzenia o zmianie, o politycznych sukcesach, w widzeniu w kimś prawdziwych mężów stanu, legły w gruzach – nieodmiennie doświadczamy zawodów. I wciąż chcemy wierzyć na nowo, że zmiana jednak jest możliwa, że coś się stanie. Jest też w tej analizie pamięci bolesna świadomość, że to, czym żyjemy dzisiaj – jeśli chodzi o wymiar polityczny, społeczny, medialny – jutro nie będzie miało żadnego znaczenia, że zapomnimy o tym, żyjąc w wiecznym „dziś”, że zasłonimy to i zapomnimy, przywaleni nową porcją newsów i nowymi przedmiotami do skonsumowania. A tym, co naprawdę zostaje po lekturze tej książki, jest proste: co po nas zostanie w kulturze wielkiego „teraz”? I obraz mężczyzny, który codziennie błaga, by ktoś zadzwonił do jego syna. Ze łzami w oczach...