Patrzę na to, co dzieje się w przestrzeni internetowej, na te wiadra szlamu, inwektyw wylewane przez ludzi opętanych nienawiścią do prezydenta ich kraju. Po prezydenckim wecie w sprawie SAFE akcja jeszcze przybrała na sile. Nie zliczę brzydkich wyrazów, obraźliwych określeń, jakie w stronę głowy państwa płyną wielkim, bezkarnym strumieniem. Bezkarnym, gdyż będącym na rękę obecnej władzy. Patrzę na to wszystko i przypomina mi się, jak podobne inwektywy były rzucane w stronę prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na chwilę ucichły pod wpływem tragicznych informacji, jakie napłynęły do Polski w pamiętny poranek 10 kwietnia 2010 roku. Ale to była tylko chwila wspólnej narodowej rozpaczy i żałoby. Bo bardzo szybko przeistoczyła się w wojnę, w tym wojnę z dobrą pamięcią o poległych – a królowała w tym tzw. palikociarnia. Szczuto i obrażano prezydenta nawet po śmierci. Sięgano przy tym po najbardziej chamskie, bolszewickie, dzikie metody.
Pamiętają Państwo „zimnego Lecha” – krzyż z puszek po piwie Lech? Albo sikanie na znicze pod Pałacem Prezydenckim? Ówczesny rząd (i władze Warszawy) nie tylko nic nie robił, by tę falę nienawiści zatrzymać, lecz jeszcze ją podsycał. Teraz mamy kolejną odsłonę. Prezydent Nawrocki wywołuje takie reakcje, bo jest niezależny, twardy i dba o polski interes narodowy. To dlatego spuszcza się ze smyczy psiarnię, to dlatego wypuszcza się cyngli medialnych, kreuje narrację, w której na wszystko można sobie pozwolić. Od czego się zaczyna? Od dziennikarzy wspierających stronę rządową – to oni sączą ciągły jad, podsuwają (nawet między wierszami) pomysły na to, jak można prezydenta obrażać, jak go poniżać i atakować. Najbanalniejszym sposobem jest… nietytułowanie prezydenta prezydentem. Ryba psuje się w tym wypadku nie tylko od głowy (Tusk i rząd), lecz także od skrzeli: bo to własnymi mediami oddycha obecna władza. I to ona oddech ten zatruwa.