Jest faktem, że Prawo i Sprawiedliwość oraz życzliwi tej partii komentatorzy po zapowiadanej na przełom sierpnia i września wizycie Donalda Trumpa obiecywali sobie bardzo dużo. Miała ona mieć co najmniej potrójne znaczenie. Po pierwsze – kontekst historyczny. Kiedy przemawia prezydent Stanów Zjednoczonych, z reguły słuchane jest to dość uważnie, mamy zaś to szczęście, że Trump bardzo chętnie opowiada światu o naszej historii, do której lubi się odwoływać. Wystąpienie z poprzedniej wizyty w naszym kraju, pełne takich odniesień, jest chętnie przywoływane do dziś.
Dlatego też Donald Trump, mówiący 1 września 2019 r. o tym, co wydarzyło się 80 lat wcześniej, miałby moc, której (pomimo chęci i ostatnio całkiem sprawnej pracy) nie osiągną jeszcze długo polskie powołane w tym celu instytucje. Trump nazywający rzeczy po imieniu i wskazujący odpowiedzialność za II wojnę światową byłby nieocenionym sojusznikiem i dostawcą argumentów w sporach bieżących, lecz uwikłanych poprzez ciągłość (kwestia roszczeń polskich i wobec Polski) lub analogie (Nord Stream, solidarność europejska) w dramatyczną historię XX w.
Podzwonne dla polityki Radosława Sikorskiego
Przeciwnicy PiS i prowadzonej przez tę partię polityki zagranicznej bardzo lubią kreować dzisiejszą Polskę na kraj bez przyjaciół, izolowany, pozbawiony większego znaczenia w dyplomatycznych rozgrywkach, czy to unijnych, czy ogólnoświatowych. Jako osoby nastawione na granie wyłącznie na pozycji pomocnika w drużynie silniejszego (Niemcy, Rosja, Francja) fani polityki Radosława Sikorskiego wszelkie próby budowania pozycji Polski poprzez tworzenie innych sieci powiązań niż tylko bezrefleksyjne wspieranie Berlina, Paryża i, do czasu, Moskwy traktują z lekceważeniem i wrogością. Są więc przeciwni próbom zacieśniania współpracy Grupy Wyszehradzkiej czy szerzej – Trójmorza, jeśli tylko może prowadzić ona do upodmiotowienia państw Europy Wschodniej. Nie lubią Ameryki, bo nie lubią jej wybrane państwa starej Unii, a jeśli dodatkowo rządzi nią konserwatywny Trump, niechęć ta zostaje wzmocniona przez nienawiść do kolejnego, po Orbánie czy Kaczyńskim, przywódcy, który nie otrzymał błogosławieństwa od elit światowej polityki.
Dobre relacje Polski ze Stanami Zjednoczonymi, a także indywidualnie prezydenta Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem, są dla tych środowisk zjawiskiem wyjątkowo niesprzyjającym. Nie dość bowiem, że zaprzeczają tezie o izolacji Polski i braku silnych sojuszników, to jeszcze opozycja nie widzi w nich żadnego interesu dla siebie. Stąd najpierw rozmaite próby stworzenia złej atmosfery, przede wszystkim za pomocą listu ambasadorów, którzy próbowali wyperswadować prezydentowi USA wizytę w Polsce za pomocą tych samych argumentów, których wobec samego Trumpa używają w Stanach liberalni i lewaccy przeciwnicy tej prezydentury. I stąd też późniejsza satysfakcja, gdy zupełnie niespodziewanie Donald Trump wizytę w Polsce przełożył na inny termin, co media niemal natychmiast przedstawiły jako jej odwołanie.
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni
Wreszcie ostatni, najbardziej polityczny aspekt wydarzenia. Wizyta zaprzyjaźnionego prezydenta zbiegająca się z początkiem kampanii wyborczej, sama w sobie będąc sukcesem politycznym i wizerunkowym rządzących, miała im dać bardzo mocne punkty na starcie. Co więcej, powszechnie spodziewano się ze strony Trumpa deklaracji zniesienia wiz dla Polaków. Załatwienie sprawy, która była niemożliwa dla wszystkich poprzednich rządów, byłoby bardzo mocnym akcentem kampanii i dowodem na skuteczność rządu PiS również w polityce zagranicznej, wykraczającej poza sferę bezpieczeństwa, w której dotychczas odnosił on we współpracy z Amerykanami sukcesy.
Faktycznie, przez pierwsze godziny mogło się wydawać, że dla Prawa i Sprawiedliwości jest to cios wizerunkowy. Aby wrażenie to podtrzymać, niektórzy politycy opozycji i komentatorzy posunęli się nawet do żartów z zagrażającego Stanom Zjednoczonym huraganu. Znany z mało ambitnego poczucia humoru Piotr Misiło, chcąc wykazać, że zasługuje na miejsce na wyborczej liście, żartował sobie na Twitterze z huraganu „Jarosław”, który zatrzymał Trumpa w domu. Działacze partii Razem, wierni najwyraźniej również antyamerykańskiej tradycji europejskiej lewicy, opublikowali grafikę z brudnym czerwonym dywanem i sloganem o wyższości sojuszów z Europą. Tweetów, wypowiedzi i artykułów można by przytoczyć tyle, by wypełnić nimi cały tekst. Tyle że wszystko to straciło na znaczeniu niedzielnym popołudniem, gdy przywódcy światowi stawili się przed Grobem Nieznanego Żołnierza.
Słowa, które poszły w świat
Na pewno przeczytali już Państwo wiele uwag i opinii dotyczących wypowiedzi polityków podczas niedzielnych uroczystości. Nie chcąc ich powielać, ograniczę się do kilku porządkujących stwierdzeń. Prezydent Andrzej Duda wygłosił jedno z najlepszych przemówień w całej swojej karierze. Było to przemówienie bardzo ostro stawiające kwestie historyczne, również w kontekście odpowiedzialności – nie tylko, choć przede wszystkim, niemieckiej – za polski dramat II wojny światowej, zarazem jednak odnoszące się do współczesności – trwających do dziś konsekwencji wojny, lecz także powtarzania przez wiele krajów Europy błędów sprzed lat. Tym razem wobec nie niemieckiego, lecz rosyjskiego imperializmu. W słowach Andrzeja Dudy słychać było echo pamiętnego gruzińskiego przemówienia Lecha Kaczyńskiego, dającego Europie krótki wykład o miejscu Rosji w historii i teraźniejszości naszej części kontynentu. I można zaryzykować takie stwierdzenie, że pominąwszy zastąpienie rozgrywającego się w czasie rzeczywistym dramatu Gruzji historycznym tłem Warszawy, Wielunia i całej Polski 1939 r., były to słowa równie mocne, uderzające w czułe i dla wielu wstydliwe struny, które będziemy jeszcze wiele razy sobie przypominać. Pozostaje mieć nadzieję, że nie w kontekście tak dramatycznym, w jakim wracały słowa poprzednika i mentora obecnego prezydenta Rzeczypospolitej.
Prezydent Niemiec powiedział to, co trzeba było powiedzieć, choć według mniej skorych do uniesień obserwatorów jest to równocześnie próba emocjonalnego i zapewne trudnego zamknięcia tematu reparacji. Na tym ta sprawa się nie skończy, jednak trzeba też zauważyć, że zachodnie media cenzurują słowa Steinmeiera, zastępując w cytatach winy Niemców winami nazistów. I wreszcie wyczekiwany Mike Pence ze swoim wystąpieniem nieprzypominającym dzisiejszego świata polityki, pełnym odniesień do wiary, religii, Boga, umiejscawiający polski los i poświęcenie w szerszym, chrześcijańskim porządku rzeczy. To zapewne zupełnie inne słowa niż te, które skierowałby do nas Trump.
Lecz nie mniej ważne. Przy tym zaś, co już w niedzielę zauważyły media, Trump zapewne w swoim stylu przyćmiłby obie ważne przemowy – Dudy i Steinmeiera. Wbrew obawom jednych, a nadziejom drugich, świat usłyszał więc 1 września jeszcze więcej.