Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski,
06.03.2022 08:00

Stary przekaz na nowe czasy (cz. 1)

W ciągu pierwszego tygodnia inwazji Rosji na Ukrainę wyróżnić dało się kilka kierunków ataku na polskie władze ze strony opozycji i jej sympatyków. Można uznać je za grę na rzecz propagandy Moskwy lub po prostu próbę radzenia sobie z nową rzeczywistością, która potwierdziła słuszność wieloletniej polityki zagranicznej PiS i pokazała skuteczność naszych działań dyplomatycznych na arenie międzynarodowej.

Mamy więc do wyboru zaprzeczenie, przemilczenie lub atak. Te same klisze widzimy również w niektórych przekazach zagranicznych. Lecz wtedy rozciągają się one na całe polskie społeczeństwo, a czasem nawet na znajdujących się w dramatyczniej sytuacji Ukraińców.

Teza 1: Za błędy polityki Niemiec wobec Rosji odpowiada… Polska

26 lutego, a więc jeszcze przed radykalnym zwrotem z polityce Niemiec, na Facebooku ukazał się tekst Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Jego waga nie bierze się przy tym z tego, kim jest autorka, choć i biografia (związki rodzinne, ambasadorowanie w Moskwie) jest tu na pewno czynnikiem znaczącym. Kluczowe jest to, jak doradczyni Szymona Hołowni zebrała wszystkie, karykaturalnie wręcz wyolbrzymione kompleksy i przedstawiła je jako poważną analizę – znajdując wielu odbiorców.

Z dłuższego wpisu Pełczyńskiej-Nałęcz na Face­booku da się wyodrębnić trzy kluczowe myśli. Po pierwsze pomimo błędów niemieckiej polityki w pierwszych dniach wojny nie powinniśmy jej zbyt mocno krytykować, bo jednak prawdziwą winę za nie ponosi Polska wraz z Węgrami. Postawa naszych krajów spowodowała bowiem według byłej ambasador w Moskwie nieufność państw starej Unii wobec całej Europy Środkowo-Wschodniej. „Wybryki Polski w UE w ostatnich latach – pisze Pełczyńska-Nałęcz – bardzo zaszkodziły też Ukrainie. Wiele krajów i społeczeństw zachodnich doszło do wniosku, że mają wystarczające kłopoty z Orbánem i Kaczyńskim, żeby sobie brać na garb kolejne kraje z Europy Wschodniej. Tak więc wywierajmy presję na Niemcy, ale bez hejtu i stawiania siebie w pozycji moralnej wyższości”.

Po drugie Polacy nie mają prawa oczekiwać solidarności europejskiej od innych, ponieważ sami jej odmówili, nie biorąc udziału w relokacji imigrantów z fali w 2015 r. O tym, że chwilę wcześniej masowo przyjęliśmy uchodźców z innego kierunku, z gnębionej wojną od roku 2014 Ukrainy, autorka nie pamięta lub nie chce pamiętać.

Po trzecie wreszcie – co należy uznać za konkluzję myśli Pełczyńskiej-Nałęcz, która kształtować chce z Szymonem Hołownią polską politykę zagraniczną – nie powinniśmy za bardzo na cokolwiek narzekać, ponieważ „(…) to nie Niemcy i Amerykanie potrzebują dzisiaj, byśmy ich bronili, ale to my potrzebujemy, aby oni bronili nas”. Czyli znów: brzydka panna bez posagu, która sama nie ma niczego do zaoferowania, za to zbyt wiele wymaga od kawalerów. O tym, że dla Stanów jesteśmy sojusznikiem cennym i nieraz pierwszym do udziału w rozmaitych imprezach, w których nasz interes jest dyskusyjny (bo na tym polegają pakty wojskowe), pani ambasador najwyraźniej nie pamięta, tak samo jak o tym, że staliśmy się dla Niemiec istotnym partnerem gospodarczym. Sam fakt, że pomimo kryzysu i inflacji funkcjonujemy przez kolejne miesiące bez należnych nam środków z Krajowego Planu Odbudowy, pokazuje, że nie jesteśmy NATO-wskim i unijnym dziadem proszalnym, za jakiego ma nas Nałęcz.

Teza 2: Polskie władze jako sojusznik Putina są w izolacji

Tezy Pełczyńskiej-Nałęcz, charakterystyczne dla sposobu myślenia większości opozycji, były brutalnie weryfikowane przez kolejne dni. Do pewnych myśli łatwo się jednak przywiązać i trudno później zmienić sposób postrzegania świata. Najmocniej rzuca się to w oczy w kontekście deprecjonowania aktywności Polski w sprawie ukraińskiej. Jeszcze przed atakiem Rosji, gdy premier, prezydent oraz szefowie MSZ i MON dzień w dzień spotykali się z ważnymi przedstawicielami Ukrainy, państw Europy i NATO, politycy opozycji lansowali tezę o całkowitej marginalizacji i nieobecności polskiej dyplomacji.

Gdy już nie dało się tego przemilczeć, niektórzy stwierdzili, że doczekaliśmy się pozytywnej zmiany. Innych nie było jednak stać nawet na to. „Jakże żałosne okazało się obecne oficjalne przywództwo naszego państwa, gdy historia powiedziała: Sprawdzam!” – pisał Rafał Grupiński na Twitterze. „Błędna polityka, błędna strategia, kombinacje finansowe na poziomie kieszonkowców, podważanie Konstytucji, dorobku pokoleń i zamach na europejskie wartości. Nadzy” – dodawał. Polityk PO wpis później usunął, ale nie dlatego, że naszła go refleksja, ale – jak sam przyznał – dla świętego spokoju.

Gdy nastawienie Niemiec uległo zmianie, a Europa znacznie poszerzyła sankcje wobec Rosji i zwiększyła pomoc dla Ukrainy, nasi sympatycy opozycji nie tylko nie uznali, że jednym z elementów tej zmiany była aktywność Mateusza Morawieckiego i jego spotkanie z kanclerzem Scholzem, lecz kontynuowali opowieść o izolacji Polski, a nawet posuwali się do publikowania fałszywych informacji o toczących się tajnych rozmowach, które zorganizował… Donald Tusk, a do których władz Polski, jako sojuszników Putina, nie zaproszono.

To ekstremalne stężenie bzdur miało na szczęście marginalny zasięg, jednak znalazło swoich odbiorców. Zrównywanie PiS i Putina trwa tymczasem w najlepsze i nie zmieniają tego żadne spadające bomby ani mordy na ludności cywilnej. – Nie zapominajmy, że mamy własnych najeźdźców, którzy rządzą nami od siedmiu lat. Pokazali nam Ukraińcy, jak walczyć mamy – mówi w Tok FM Piotr Najsztub. Wcześniej, jak pisałem już w poprzednich tekstach, Tomasz Lis pisał, że porównanie Jarosława Kaczyńskiego do Putina pozostaje w mocy. Również, co widać na opozycyjnym Twitterze, dla większości jego czytelników.
Tu dygresja – elektorat PO jest w tych emocjach mocno odosobniony, co widać było w bardzo ostrych reakcjach, które Lis dostał od sympatyków lewicy. Ta zresztą zajęta jest tłumaczeniem zachodnim kolegom rzeczy dla nas oczywistych, za co również należy ją pochwalić. Razem odcięło się właśnie od dwóch europejskich lewicowych międzynarodówek, nie mogąc uzyskać ich jednoznacznego potępienia dla rosyjskiej napaści na Ukrainę.

Teza 3: Polski rząd nie pomaga, pomagają ludzie

Ponieważ pomoc z Polski płynie na Ukrainę szerokim strumieniem, a w kierunku odwrotnym ruszyła do nas rzeka uchodźców, pojawia się kolejny przekaz. W wersji łagodniejszej: polski rząd nie pomaga, przypisując sobie działania innych. W wersji radykalnej: polska pomoc skażona jest rasizmem. Polskie (w części zagranicznych przekazów – polskie i ukraińskie) służby dyskryminują uciekinierów o innym niż biały kolorze skóry. Przekaz ten podchwyciły media niemieckie, francuskie i brytyjskie, następnie zaś, co było do przewidzenia, również polskie. Komunikat poszedł w ogłupiony świat.

I choć wydawałoby się, że tak grubo ciosana propaganda nie sprawdzi się przynajmniej u nas – nic z tych rzeczy. Tradycyjnie organizowana w drugiej połowie marca antyrasistowska demonstracja środowisk radykalnej lewicy w 2022 r. odbyć się ma... przed siedzibą Straży Granicznej. Gdy większość Polaków skupiła uwagę na pomocy Ukrainie, aktywiści zaczęli wypominać wcześniejszą niechęć do turystów Łukaszenki. I nawet w obliczu wojny nie są w stanie uznać tego działania za samoobronę przed jej hybrydową wersją. Wręcz przeciwnie – wciąż padają pytania, czym różnią się dwie grupy chcące przekroczyć granice Polski.

Dochodzi do tego dezinformacja o braku pomocy medycznej na granicy, kolportowana przez posła Sterczewskiego za Krzysztofem Boczkiem, dziennikarzem

Oko.press i Press. Wreszcie – chyba każdy polityk PO musi zaznaczyć, że pomagają Polacy, a nie rząd, ten bowiem „nie ma swoich pieniędzy”. Czasem komentują tak nawet zbiórki własnych samorządów. Zupełnie jakby radość z pomagania nie była pełna bez zaatakowania przeciwnika politycznego.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane