Tymczasem stara Francja nie za dobrze sobie radzi, co pokazały kolejne wybory parlamentarne. Macron prezydentem pozostał bez problemu, choć wielu z nas wypatrywało historycznego sukcesu tamtejszej narodowej prawicy. Jednak w wyborach prezydenckich znów sprawdził się system „wszyscy przeciw Frontowi Narodowemu”. Teraz stało się już trochę inaczej, choć w pierwszej chwili nawet to do mnie nie dotarło. Czemu źle odczytałem francuski wynik? Nie znając ordynacji wyborczej znad Sekwany, założyłem, że skoro co kilka lat, przy wyborze prezydenta, w drugiej turze zawsze pojawia się ktoś z rodziny Le Pen, a zmienia się tylko nazwisko zwycięskiego kontrkandydata, to i w parlamencie narodowcy muszą mieć silną reprezentację. Tymczasem francuski polityczny mainstream wypracował sobie świetnie domknięty system, w którym partia, co kilka lat paraliżująca klasę polityczną przy wyborze prezydenta, w niższej izbie parlamentu długo nie miała swojej reprezentacji, by jeszcze w poprzedniej kadencji cieszyć się i tak rekordową liczbą ośmiu na ponad 500 deputowanych. Ot, dojrzała demokracja! Tak więc dziś, gdy FN ma ich ponad 80, jest to dziesięciokrotne poprawienie wyniku. Bezideowy Macron pożarł tradycyjne partie prawicowe i lewicowe, lecz sam zaczyna dusić się w kleszczach między radykałami z prawej i z lewej, którzy być może wkrótce zagarną dla siebie całą scenę.
Umiarkowanie cieszy w tym wszystkim rosnąca siła partii nr 2 – komunizującej lewicy Mélenchona, jednak nawet w jej sukcesie jedno mnie pociesza – ta partia potrafiła przynajmniej ujmować się za ofiarami policyjnej przemocy, przez Macrona w pełni legitymizowanej. Czyli jednak nie warto było tak ochoczo pałować obywateli?