Kwestia, czy bomby spadają „na Ukrainie” czy „w Ukrainie” wydaje się drugorzędna, gdy spadają na Ukrainę. Niestety, po sporach o feminatywy i Murzynów, również wojna o polityczną poprawność języka postanowiła właśnie tutaj utworzyć swój nowy front. Zwolennicy formy „w Ukrainie” odwołują się do faktu, że tradycja ta bierze się z mówienia w ten sposób o terytoriach zależnych – danych ziemiach powiązanych z Polską, jak Litwa, Białoruś i Ukraina właśnie, czy z Austro-Węgrami, jak Słowacja. Co w tym złego? Przy kopiowaniu z Zachodu wszystkiego, jak leci, niektórzy widzą tu echa jakiegoś polskiego kolonializmu, do tej bzdury dopisując kolejną, istniejącą tylko w ich głowach, rzekomą wyższość wyrażaną przez Polaków wobec tych krajów poprzez użycie takiej, a nie innej formy językowej. Dlatego chcą zmienić sposób mówienia na: „w Ukrainie”. Obrońcy starego porządku zwracają uwagę na absurdalność tej argumentacji i tu nie ma się co rozpisywać. Jest jeszcze frakcja pośrednia, uważająca, że obie formy są poprawne, a nowsza naturalnie wyprze kiedyś starszą, nie znaczy to jednak, że faktycznie za nieszczęsnym „na” stoją jakieś wielkomocarstwowe kompleksy. Wydaje mi się, że wbrew pozorom wszystko to można ze sobą pogodzić i wystarczy tylko odrobina rozsądku i dobrej woli, niestety, towarów dziś bardzo deficytowych. Forma „w” akcentuje bardziej niezależność i podmiotowość państwową, natomiast w formie „na” zawiera się bliskość, nie tylko geograficzna, lecz także historyczna, z całym swoim bagażem. Dlatego też w żadnej z nich nie ma niczego negatywnego i godnego kruszonych przeciwko nim kopii. Po prostu – skoro forma „w” uwypukla samostanowienie Ukrainy, kto chce, niech używa jej wtedy, gdy chce podkreślić podmiotowość naszego sąsiada. I równocześnie – gdy chcemy akcent postawić na tę bliskość, wspólnotę losów, obaw i interesów, mówmy „na Ukrainie”. Ja zostaję przy swojej wersji.
Sprawa drugorzędna
Spór o polityczną poprawność języka postanowił utworzyć swój nowy front w kwestii Ukrainy.