Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
13.03.2017 21:10

​System do wyleczenia

Jeżeli nie będziemy więcej rozmawiali o służbie zdrowia, to pokolenie 30-, 40-latków doczeka parszywej starości. Niestety, ten temat podejmowany jest naskórkowo, nawet gdy budzi emocje.

Jeżeli nie będziemy więcej rozmawiali o służbie zdrowia, to pokolenie 30-, 40-latków doczeka parszywej starości. Niestety, ten temat podejmowany jest naskórkowo, nawet gdy budzi emocje. Odpowiedzialne są za to także media.

Jednym z poważnych mankamentów rodzimej debaty publicznej jest fakt, że uciekamy od wielu istotnych tematów, koncentrując się na wojenkach w kisielu. Kłopot i w tym, że w III Rzeczypospolitej jak na lekarstwo jest publicystyki poruszającej złożone zagadnienia w sposób przyswajalny dla „zwykłych ludzi”. Owszem, w ambitniejszej prasie nie brakuje eksperckich analiz, ale pisane są często na tyle hermetycznym językiem, że odstręczają dużą część potencjalnych czytelniczek i czytelników. Z kolei tabloidy bazują na emocjach, wzbudzanych przez odpowiednio prymitywnie serwowane informacje.

Książka do poczekalni?

Dodajmy do tego całą masę często bezwartościowego przekazu w internecie, gdzie krzewi się w różnych formach sceptycyzm medyczny i współczesne formy znachorstwa i zabobonów. Trzeba to zjawisko krytykować, ale warto pamiętać, że często bierze się z poczucia nieufności wobec instytucji publicznych, braku rzetelnej informacji medycznej i nierzadko mocno utrudnionego efektywnego dostępu do publicznej i prywatnej ochrony zdrowotnej. Na wieloletnich błędach systemu coraz bardziej tuczy się rynek usług paramedycznych: od pseudo-leków do znachorów przez kolorowe pisemka z dziedziny „medycyny alternatywnej”, której nie wolno mylić z często pożyteczną medycyną naturalną.

Szeroką panoramę rodzimej służby zdrowia przedstawia niedawno wydany, świetnie napisany reportaż „Służba zdrowia? Jak pokonać chory system”, pióra Małgorzaty Soleckiej, dziennikarki, która od ponad osiemnastu lat z bardzo bliska przygląda się rodzimej ochronie zdrowia. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy, czyli jezuickiego WAM-u. Ktoś może być zdziwiony – tego typu pozycja w katolickim, specjalizującym się dotąd w publikacjach religijnych wydawnictwie? Najwyraźniej ktoś wpadł na pomysł rozszerzenia oferty i pozyskania nowych czytelniczek i czytelników. Ciekawa rzecz: czy dobrze sprzeda się w katolickim wydawnictwie lektura, traktująca o dość emocjonującym przecież temacie? Czy jednak nie chcemy nawet dobrze napisanych książek o zbyt trudnych sprawach? A może jest tak, że zdrowych nie interesuje to, co w szpitalach i gabinetach specjalistów piszczy, a chorzy mają już zupełnie inne rzeczy na głowie? Na przykład załatwienie sobie szybszej operacji czy zabiegu? A może w poczekalni u lekarza czytać Solecką? Ostrzegam zawczasu: to może grozić zawałem.

Bardzo dziwny system

Autorka „Służby zdrowia?” wspomina, że przez blisko dwie dekady dziennikarskiego przyglądania się służbie zdrowia wciąż słyszy od polityków te same obietnice: „zwiększymy nakłady na ochronę zdrowia, pracownicy służby zdrowia muszą zarabiać godnie, pacjenci nie mogą umierać w kolejkach do lekarzy...”. Cóż, każdy z tych wątków to temat rzeka: kontrowersje dotyczą nawet tego, czy wydajemy za mało na służbę zdrowia – część ekspertów podważa choćby coroczne, zdecydowanie niekorzystne dla Polski dane przedstawiane przez Europejski Konsumencki Indeks Zdrowia. Z kolei lekarki i lekarze właściwie nie strajkują od blisko dekady: zaczęli więcej zarabiać, bez trudu mogą też wyjeżdżać. Choć owszem, od jakiegoś czasu większych pieniędzy chcą rezydenci. Od lat protestują pielęgniarki, których dramatycznie ubywa – to zawsze cieszy opozycję, a gniewa aktualną władzę i jej popleczników; protestują też pracownice i pracownicy ratownictwa medycznego (dodajmy, że rząd Beaty Szydło próbuje wyrwać ich z systemowej pułapki wymuszanego samozatrudnienia). A pacjenci? Wciąż czekają w długich kolejkach, co najwyżej „systemowo” przepycha się ich z jednych poczekalni do drugich.

Cały ten system jest bardzo dziwny. Gdy dobre trzy lata temu robiłem dla „Nowego Obywatela” wywiad z Małgorzatą Aulejtner, pielęgniarką, która pracuje w zawodzie od kilku dekad, wspominała, że obecnie polskie szpitale często są wyposażone równie dobrze jak zachodnioeuropejskie. Różni je jedno: u nas rzuca się w oczy dojmujący brak personelu. To skutkuje nierzadko wypaleniem zawodowym, niebezpieczną rutyną, przepracowaniem. A omyłki lekarza czy pielęgniarki mogą kosztować ludzkie zdrowie i życie.

Cuda zamiast standardu

Ale w obrębie tego samego systemu czasem wydarzają się rzeczy, które świadczą zarówno o znakomitych kompetencjach całego personelu, świetnej pracy zespołowej, bardzo dobrych możliwościach sprzętowych i farmakologicznych. Solecka przypomina choćby historię dwuletniego Adasia, kilka lat temu wybudzonego z głębokiej hipotermii w jednym z krakowskich szpitali. Międzynarodowe media ze zdumieniem opisywały tę historię: temperatura ciała dziecka, które spędziło kilka godzin na mrozie, wynosiła 12,7 stopnia Celsjusza. A rzadko kiedy daje się uratować dzieci, których temperatura ciała spadła do 13 stopni Celsjusza. Lekarze mówili o cudzie. Choć takie cuda składają się z wielu nader przyziemnych czynników.

Ale to prawda – w ochronie zdrowia cuda się zdarzają. W pociągu, w trakcie przypadkowej rozmowy wciąż można usłyszeć niejedną historię o wspaniałych lekarkach i lekarzach. Zdarzają się opowieści, że nawet w publicznym szpitalu czy ośrodku zdrowia pacjenci byli traktowani z szacunkiem i znakomicie diagnozowani i leczeni. Nie tak rzadko ludzie wolą czekać pół roku na zabieg, niż brać kredyt i „mieć to od ręki”. Ale systemowo to żadne pocieszenie: systemowo wciąż jest kiepsko. Dlatego „doktor Google” jest lekarzem o największym wzięciu: zawsze pod ręką, nie skąpi konsultacji, czy raczej tego, co chcąc nie chcąc uznajemy za konsultację. To się nie zmieni, dopóki znacząco nie zostaną podniesione nakłady na publiczną opieką zdrowotną i nie zmieni się tort wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia.

W czym problem? Otóż, mówiąc wprost, cała nasza ochrona zdrowia nakierowana jest na szpitalnictwo. Tymczasem nowoczesna medycyna, traktowana jako część ochrony zdrowia publicznego, coraz więcej miejsca poświęca profilaktyce i leczeniu specjalistycznemu. To dlatego w Polsce mamy choćby niezłe statystyki pt. „szpitalne łóżka na osobę” i fatalny dostęp do specjalistów. Ale, jak łatwo się domyślić, istnieje silne lobby, które dobrze żyje z obecnej sytuacji i niekoniecznie łatwo przyjęłoby zmiany. Problem w tym, że ogólnonarodowy system opieki zdrowotnej nie może opierać się na cudach – potrzebuje efektywnych struktur i lepszych standardów powszechnej opieki.

Współpłatności i doktor Google

Przy okazji: Małgorzata Solecka, jak zresztą znaczna część polskich dziennikarzy zajmujących się kwestiami medyczno-społecznymi, jawi się jako zwolenniczka zwiększenia współpłatności. A to bardzo szkodliwy zwyczaj, ponieważ zdaniem bardziej świadomych rzeczy ekspertów, nieuwikłanych w „wolnorynkowe” ciągoty, prowadzi do coraz głębszej destabilizacji publicznej ochrony zdrowia. Jedna współpłatność pociąga za sobą kolejne i to w efekcie totalnie rozbija system powszechnego dostępu do zdrowia. Tak po prostu: majętniejsi mają trochę lepiej, ubożsi coraz gorzej. Ponadto, mówiąc językiem metafory, na coraz dalej idących współpłatnościach najwięcej zarabia „doktor Google”: gdy kolejni pacjenci i pacjentki wypadają z systemu, zarabiają na nich specjaliści od zabobonów. I trochę smuci, że dziennikarka, która od osiemnastu lat zajmuje się ochroną zdrowia, nie widzi tej oczywistej zależności między barierami, jakie stwarza upowszechnianie współpłatności, a niszczeniem podstaw publicznej opieki zdrowotnej.

Jedno jest pewne: mało mamy na polskim rynku wydawniczym tak dobrze napisanych reportaży o ochronie zdrowia. Solecka potrafi opowiadać konkretne historie o lekarkach, pacjentach, pielęgniarkach, politykach, zrozpaczonych rodzicach, a równocześnie nigdy nie gubi z oczu systemowych zagadnień: pokazuje jak jednostkowe doświadczenia splatają się ze strukturalnymi wyzwaniami.

Jeśli nie cierpicie na poważne nadciśnienie, koniecznie przeczytajcie tę książkę.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej