Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
06.06.2016 16:17

O białych czepkach – w ciemnych barwach

Prawo i Sprawiedliwość zrobi błąd, jeżeli nie podejmie rzetelnego dialogu ze środowiskiem pielęgniarek i położnych.

Prawo i Sprawiedliwość zrobi błąd, jeżeli nie podejmie rzetelnego dialogu ze środowiskiem pielęgniarek i położnych. Już dawno po sygnale alarmowym, z czego świetnie zdawali sobie sprawę politycy rządzącego obecnie ugrupowania, gdy długo byli w opozycji. Branża pielęgniarska jest w głębokim kryzysie. Instytucje centralne zdjęły z siebie wiele lat temu odpowiedzialność za tę sytuację, przerzucając ją na samorządy i dyrekcje szpitali.

Klasa polityczna sprawia poza tym wrażenie, jak gdyby w sprawach opieki zdrowotnej słyszała niemal wyłącznie głosy lekarzy. Powoduje to, że większość niższego personelu medycznego (kto pamięta choćby o ratownikach medycznych i kierowcach karetek?!) pracuje na coraz bardziej śmieciowych warunkach. Stanowi to zagrożenie dla życia ludzkiego i utrudnia dobrej jakości leczenie oraz profilaktykę zdrowotną. Jeżeli znów stawiamy na Polskę solidarną, to nie chowajmy głowy w piasek w tych sprawach (samo zatrzymanie procesu prywatyzacji szpitali nie zlikwiduje wielu problemów, choć jest koniecznym krokiem w dobrą stronę). Tym bardziej że również z tych grup zawodowych, które regularnie spychane są na coraz gorsze pozycje w systemie zdrowia, rekrutuje się elektorat rządzącej obecnie partii. Patrząc zupełnie pragmatycznie, po co zrażać do siebie tych ludzi wypowiedziami aż nadto pasującymi do niedawno minionych czasów?

Będzie coraz gorzej

Rozproszenie decyzyjne w polskiej służbie zdrowia, w tym przeniesienie niemal całej odpowiedzialności za standardy zatrudnienia na poziom szpitali, powoduje, że nikt z poziomu realnie liczącej się polityki stołecznej/centralnej kompletnie nie wie, co zrobić z dwoma bardzo groźnymi faktami: mamy w Polsce coraz mniej pielęgniarek, a średnia ich wieku po kilku dekadach przemian w systemie zdrowia dobija pięćdziesiątki. Te czynniki ewidentnie wzmacniają procesy destabilizujące i tak poddany zbyt licznym eksperymentom polski system opieki zdrowotnej. Niestety, służba zdrowia przestała być traktowana na poważnie jako element polityki publicznej i profilaktyki ogólnospołecznej. Skutki tego już odczuwamy, a w kolejnych dekadach, również w związku z niżem demograficznym i nawarstwianiem się negatywnych skutków emigracji zarobkowej różnych grup zawodowych, w tym exodusem pielęgniarek, odczujemy jeszcze silniej.

We wszystkim, co się dzieje, uderza jedna skarga, nie tak rzadko słyszana od pacjentów. Może czas, by usłyszeli ją również wszyscy politycy wysokiego szczebla, którzy zwykle mają przywilej korzystania z bardziej luksusowych warunków leczenia. Otóż nie ma już nic dziwnego w tym, że pacjenci skarżą się, iż lekarze nie mają dla nich czasu. Człowiek chory, człowiek diagnozowany nie tak rzadko przestaje być człowiekiem – zamienia się w „jednostkę chorobową”, w anonimowy zapis na druczku, w uciążliwego petenta/klienta. Zwykle pacjenci mówią, że kontakt z lekarzem ogranicza się do „migawkowej”, a niekiedy nawet niezbyt grzecznej rozmowy, która ma na celu jak najszybsze „załatwienie” wizyty. Trudno też o solidny kontakt z lekarzem w szpitalu. Nic dziwnego, skoro lekarze biegają od jednej pracy do drugiej. Nieco lepiej bywa w relacjach pacjentów z pielęgniarkami – ale i z tym będzie coraz gorzej, ponieważ wciąż ubywa pielęgniarek na oddziałach i są one coraz bardziej zapracowane. Sądzę, że świetnie o tym wie również obecny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł.

Realia są takie

Mamy dziś do czynienia w służbie zdrowia z interesującym paradoksem modernizacji, który sprawia, że rządzącym (niezależnie od tego, kto ma władzę) łatwo jest wpaść w pewnego rodzaju pułapkę optymizmu. Z jednej strony nasze szpitale wyglądają pod kątem infrastruktury znacznie lepiej niż na początku transformacji, a wiele wskaźników zdrowia/życia poprawiło się już w III Rzeczypospolitej: klasyczny przykład to obniżenie wskaźników śmiertelności niemowląt. Z drugiej strony ubywa personelu medycznego albo jest on coraz bardziej zapracowany. Bez żadnego moralizowania: jedni chcą zarabiać coraz więcej, w końcu „bycie lekarzem” to także odpowiedni status materialny, a drudzy nie chcą dziadować. Trudno się dziwić pielęgniarkom czy położnym, że chcą więcej zarabiać – nawet jeśli ich zarobki czasem są całkiem niezłe, to czy naprawdę godziwie wyceniana jest ich zwykle coraz bardziej czasochłonna praca z najcenniejszym, co mamy: naszym życiem i zdrowiem? Mocno w to wątpię.

Nieubłagane są również statystyki. Z raportu Najwyższej Izby Pielęgniarek i Położnych opracowanego w 2014 r. wynika, że w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada 5,4 pielęgniarek zatrudnionych bezpośrednio przy opiece nad pacjentem. Jest to jeden z najgorszych europejskich wyników. Ze swoimi średnimi wyprzedzają nas choćby Czechy (8,1), Niemcy (11,3), Szwecja (11), Dania (15,4). Najlepszy wynik to 16 pielęgniarek na 1 tys. mieszkańców: taką średnią ma Szwajcaria. Jakie to ma skutki? Jasno opisała tę kwestię Julia Kubisa w „Buncie białych czepków”. Otóż takie realia oznaczają na przykład jedną pielęgniarkę na czterdziestoosobowym oddziale lub dwie pielęgniarki na trzydziestoosobowym oddziale pediatrycznym, a także sytuacje, gdy pielęgniarkę wyspecjalizowaną w pracy na bloku operacyjnym zastępuje sanitariuszka, czyli osoba wykonująca proste czynności niezarezerwowane dla innych zawodów medycznych (zakres czynności podobny do salowej). Podobne sytuacje mają miejsce w zakładach pielęgnacyjno-opiekuńczych (na nocnym dyżurze ludźmi obłożnie chorymi i starszymi zajmuje się jedna pielęgniarka). „Tego rodzaju cięcia, wynikające z dążenia do efektywności ekonomicznej i zmniejszania kosztów, mogą skutkować poważnym zagrożeniem dla życia i zdrowia” – stwierdza Kubisa.

KOD się schował

Sytuację w zawodzie pielęgniarek i położnych trzeba widzieć w szerszym kontekście. Mieliśmy w ostatnim ćwierćwieczu dwa duże czynniki wzrostu. Oba nie zostały wykorzystane w optymalny sposób, ale dały Polsce jednak potężnego „kopa modernizacyjnego”. Myślę o tzw. rencie transformacyjnej, związanej z procesami przejścia od gospodarki realnego socjalizmu do realnego kapitalizmu w wersji korzystnej dla kapitałowych potęg, oraz absorpcji funduszy unijnych i międzynarodowych rozwiązań prawnych, które uczyniły migrację zarobkową legalną i bezpieczną dla milionów Polek i Polaków.

Ale dziś, szczególnie po kolejnych falach globalnego kryzysu, grozi nam nie tyle zastój, ile regres cywilizacyjny. To trend globalny: władza i pieniądze wciąż wędrują w górę ku wąskiej elicie, kurczy się klasa średnia, ubożsi coraz szybciej przebierają nogami w kieracie, żeby nie złamać karku. W Polsce grozi nam, że zaczniemy tracić pewne powszechnie dostępne dla mieszkańców cywilizowanych rejonów świata dobra, jak np. powszechna i w miarę sprawna służba zdrowia, jeżeli nikt na poziomie politycznym nie będzie chciał się zmierzyć z niewygodnymi problemami. Albo jeśli jako recepta – tego się boję choćby w wypadku powrotu do władzy postpeowskiej recydywy – znów zostaną zaproponowane Polakom lumpenliberalne hasełka o urynkowieniu wszystkiego, co mamy jeszcze „na stanie” jako wspólnota polityczna. Więcej niż znamienne jest, że Komitet Obrony Demokracji w sprawie ostatnich protestów pielęgniarek nabrał wody w usta. Ale jest też więcej niż smutne, że obecne Ministerstwo Zdrowia stosuje przeciw pielęgniarkom tak ograną argumentację, wzorcowo wpisującą się w logikę politycznego administrowania III RP.

Sądzę, że wszyscy zainteresowani dobrze wiedzą, co tak naprawdę dzieje się w branży pielęgniarskiej. Receptą nie jest tylko „dosypanie pieniędzy”, ale również przemyślenie legislacji oraz strukturalnych podstaw wykonywania zawodu pielęgniarki i położnej. Jeżeli zdamy się tylko na mechanizmy rynkowe (a to one w formalnie publicznej służbie zdrowia wymuszają coraz więcej praktyk, choćby filozofię oszczędzania na personelu medycznym), to jedynie pogłębimy antycywilizacyjny dryf. Pielęgniarki nie są niczyim wrogiem – a z pewnością nie są wrogiem pacjentów. Zaczynam wątpić, czy kiedykolwiek zrozumieją to wysocy państwowi urzędnicy i klasa polityczna.

* * *

Na koniec drobna uwaga. Proszę darować sobie ewentualne komentarze pod tytułem: „dlaczego mówi pan o tym dopiero teraz”. Podobne w wymowie teksty pisałem w czasach „głębokiej nocy” władzy Platformy. Dla mnie to problem systemowy, a nie partyjny – niestety, w Polsce zbyt często wyborcy filtrują recepcję zagadnień pod kątem tego, kto aktualnie sprawuje władzę. W większości (i oczywiście bardzo często) wychodzimy na tej strusiej strategii więcej niż źle.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej