Co łączy te osoby ze świata mediów, nauki i tego, że nie są już najmłodsze? To zacne grono tworzy jury, które wybiera dla nas „młodzieżowe słowo roku”. Jest to trochę kuriozalne, sztuczne, niczym PRL-owska nauczycielka, dyktująca dzieciom informacje o ich ulubionej pisarce (zapewne cała piątka pilnie takie notatki w swoich zeszytach zamieszczała, dzięki czemu jest teraz w zacnym jury). Ale od kilku lat wybór „młodzieżowego słowa roku” zajmuje uwagę mediów i ich odbiorców. Co prawda regulamin stwierdza, że słowo nie musi być wcale nowe ani nawet często używane i w ogóle kryteria wyboru są dość swobodne, ponieważ zwycięzcę wybiera się spośród grona zgłoszonego przez internautów (dobre i to), ale zawsze czegoś się o języku młodzieżowym dowiemy. Jeszcze więcej dowiemy się jednak z decyzji, jakie zapadają na poziomie przyjmowania propozycji. Rok temu jury unieważniło słowo „p0lka”, którym internauci określali niezbyt przez siebie cenione, mało ogarnięte, za to pewne siebie i roszczeniowe panie. Tym razem wygrywać zaczęło słowo „Julka”, oznaczające w sumie to samo, tyle że z domieszką młodego wieku, lewicowych poglądów i nadaktywności na Twitterze.
„Julkę” zgłosili ci, którzy ze zjawiskiem mierzą się na co dzień, mając szansę na zwycięstwo. Jury uznało jednak, że słowo dzieli, wyklucza i robi wszystko, czego robić nie wolno, samo zostało więc wykluczone – jak to Julka, bo specjalnością tych ostatnich jest tzw. cancel culture, czyli zamilczanie i odmawianie prawa głosu każdemu, kto wyłamie się z Julkowego kanonu. Ironia losu?