Nie zamierzam w tym tekście oceniać życiowych i uczuciowych wyborów faceta, który nigdy specjalnie mnie jako wokalista nie interesował. I też nie obchodziłyby mnie one w ogóle, gdyby nie pojawiły się w mediach jako – sam w sumie nie wiem co – argument z autorytetu? Szantaż moralny? Powiedzmy sobie szczerze, że deklaracja Andrzeja Piasecznego nie ma żadnej mocy, ponieważ dla nikogo nie jest ani szokiem, ani zaskoczeniem. Być może gdyby opowiedział on o swoich tajemnicach 25 lat temu, w czasach największej popularności, faktycznie wpłynąłby na postawy polskiego społeczeństwa w sposób, o jaki mu chodzi. Wówczas wolał jednak opowiadać mediom o miłości do o wiele starszej od siebie żony, a jego przyjaciele, ze Zbigniewem Hołdysem na czele, zorganizowali nagonkę na pismo muzyczne „XL”, na łamach którego Jędrzej Kodymowski z zespołu Apteka wytknął Piaskowi hipokryzję. Później, nie tak dawno jeszcze, Piasek opowiadał o swoim bogatym życiu religijnym. Dziś już nie opowiada, znajdując inny sposób na obecność w mediach. Wróćmy do lat 90. Inny wielki gwiazdor tamtej epoki, Michał Wiśniewski, na tyle mocno zmienił świadomość polskiej ulicy, że ta dość szybko przestała agresywnie reagować na ludzi z kolorowymi włosami. Trudno było tłuc kogoś za fryzurę swojego idola. Piaseczny mógłby zmniejszyć jej ówczesną nietolerancję, sam zbyt wiele nie ryzykując, był przecież królem popu. Artystom zawsze wolno było więcej, co najlepiej streścił w świetnym monologu pióra Barei grany przez Bronisława Pawlika stary taksówkarz Lesiak w jednym z końcowych odcinków „Zmienników”. Dziś Piasek wychodzi z szafy nie zauważając, że tęcza na jego fladze jest zbyt mocno wyblakła, by kogoś poraziły jej barwy.
Przykurzona tęcza
Coming out w wykonaniu Piaska to wydarzenie, które bardziej ośmiesza, niż pomaga sprawie, której miało służyć.