Gdy polityk pojechał do Chorwacji i naplótł, jedząc truskawki, że tamtejsze są słodsze niż polskie, to w efekcie kilka tygodni później ministrowie i urzędnicy biegali po Parlamencie Europejskim z kaszubską wersją i krzyczeli, że jest najlepsza na świecie. Nie inaczej jest po wyprawie kijowskiej. Oględnie mówiąc: nie był to sukces Donalda Tuska. Gdyby Julian Tuwim pisał o tym „Lokomotywę”, polski premier raczej nie siedziałby w trzecim wagonie, gdzie siedzą otyli jedzący tłuste kiełbasy, ale gdzieś w tych dalszych, pomiędzy tuczonymi świniami, wielką armatą, bananami, lwami i żyrafami. Do tego nagrało się, że polski premier jest na skinienie palca niemieckiego kanclerza. Tak więc po klęsce w poniedziałek trzeba pokazać, jakim to się jest jastrzębiem. Kopniemy ruskiego i wszystkim pokażemy. Wracamy do państwa, gdzie PR premiera wyznacza politykę.
PR-owe państwo Donalda Tuska
Jedną z cech państwa pod rządami Donalda Tuska z czasów jego świetności było to, że całość działań była podporządkowana PR-owi lidera KO.