W 2018 r. PiS, choć ogólnie wypadł całkiem dobrze, poniósł porażkę w wyborach prezydentów niemal wszystkich dużych miast. Tak jak w Warszawie, gdzie Rafał Trzaskowski nie potrzebował, jak jego poprzedniczka, drugiej tury, by potwierdzić przewagę sympatyków PO w stolicy. W dużym stopniu stało się tak dlatego, że Platforma potrafiła rozbudzić i wykorzystać lęk swoich potencjalnych wyborców przed planowanym rzekomo przez PiS wyprowadzeniem Polski z Unii. Trafiła na podatny grunt, ponieważ zbitka „PiS – polexit” w mentalności co radykalniejszych wyborców opozycji (a pamiętajmy, że na przykład Platforma Obywatelska innych już właściwie chyba nie ma) funkcjonuje od dawna.
Co rząd nie zrobi, i tak wspiera Rosję
Brak działań, które świadczyłyby o faktycznej chęci opuszczenia unijnych struktur przez rząd Prawa i Sprawiedliwości, nie przeszkadzał nigdy w głoszeniu tej, dotąd skrajnie absurdalnej, tezy. Trudno się temu dziwić, skoro nawet po wybuchu wojny, przy tak wielkim zaangażowaniu rządu i prezydenta w pomoc dla Ukrainy, nie brak fanatyków, którzy widzą w nich narzędzie Moskwy.
Jest to zgodne z długoletnią, obowiązującą co najmniej od 2015 r. lub dłużej – od ujawnienia taśm kompromitujących polityków ekipy Tuska – narracją Platformy Obywatelskiej, lecz niezgodne z faktami. Jako wspieranie Rosji przed wybuchem obecnej odsłony wojny na Ukrainie przedstawiano każdą, nawet najbardziej delikatną krytykę instytucji unijnych i każdą próbę obrony własnej suwerenności w coraz częstszych sytuacjach, gdy dochodziło do uzurpacji kompetencji ze strony Komisji Europejskiej czy przede wszystkim TSUE.
Jednak obecna napaść Rosjan na Ukrainę trochę przesunęła ten dyskurs. W pierwszych dniach wojny każda krytyka zachowania Niemiec, Francji bądź Unii Europejskiej jako takiej, w tym zwracanie uwagi na niedotrzymywanie zobowiązań, blokowanie sankcji i dostaw broni, miało być grą nie na rzecz Zełenskiego, ale Putina. Specyficzną formą tej karkołomnej narracji było kolportowanie informacji o rzekomym udziale strony polskiej w spisku Kremla i ekipy Orbána, mającego na celu dokonanie rozbiorów Ukrainy. Według pochodzących z otoczenia Romana Giertycha hipotez PiS, wiedząc o tym, że z racji społecznego zniechęcenia może mieć problem z wygraniem wyborów, miałby odzyskać serca Polaków zdobyczami terytorialnymi na Ukrainie. Krytyka miała też swoją wersję light, polegającą na odmawianiu stronie rządowej jakichkolwiek zasług na polu pomocy Ukraińcom, czy to walczącym na wojnie, czy szukającym u nas schronienia. Co zresztą nie spotkało się z przesadnie dobrym odbiorem społecznym.
Co dławi unijna smycz
Jest oczywiste, że zarówno opór wobec kolejnych prób ingerencji w polski porządek prawny i konstytucyjny, jak i podjęcie na nowo kwestii reparacji wojennych od Niemców będą powodować silny opór wewnętrzny. Zauważmy, że dziś głównymi celami ataków są wszystkie te instytucje, które, niezależnie od tego, czy oceniamy ich działania jako skuteczne, czy nie, stoją na straży polskiego bezpieczeństwa i interesu narodowego i stanowią elementy naszej niezależności – prawnej (TK), energetycznej (Orlen), finansowej (NBP) czy gospodarczo-transportowej (CPK, przekop Mierzei Wiślanej). Dodajmy do tego nieustające ataki na służby mundurowe, w tym przede wszystkim WOT i Straż Graniczną. Wszelkie próby poluzowania unijnej smyczy będą poddawane totalnej krytyce jako działania zbliżające naszą politykę do modelu rosyjskiego, a cały kraj w orbitę rosyjskich interesów.
Tu jednak rodzi się pytanie: czy dzisiejsza Europa jest wiarygodna jako ideowa i geopolityczna alternatywa dla Rosji? Odpowiedź nie jest niestety jednoznaczna. Wojna pokazała to, o czym wcześniej mówili tylko uważani za fanatyków prawicowi publicyści i nieliczni politycy, a mianowicie skalę zależności krajów starej Unii od Kremla. Mamy do czynienia zarówno ze związkami ekonomicznymi, zwłaszcza w gospodarce paliwami, jak i z towarzyskimi, czego symbolem pozostaje Gerhard Schroeder. Lista unijnych polityków, którzy dostali pracę w Gazpromie, jest długa, a lista fundacji czy faktycznych agentów wpływu działających na rzecz interesów Rosji i rozmycia odpowiedzialności za dzisiejszy dramat Ukrainy i kryzys Europy jako takiej wręcz nieskończenie długa.
W efekcie wyjęte dotąd spod krytyki Niemcy kompromitują się na arenie międzynarodowej, klucząc w sprawie dostaw broni dla Ukraińców, lecz również w polityce wewnętrznej radzą sobie fatalnie, borykając się z kryzysem zatrudnienia, brakiem paliwa czy oszukując własnych obywateli w sprawie możliwości przedłużenia działalności ostatnich niemieckich elektrowni atomowych. I tu przechodzimy do kluczowej dla obrazu dzisiejszej Unii Europejskiej kwestii solidarności energetycznej i podejścia do węgla.
Ucieczka do przodu Unii i Niemiec
„Solidarność energetyczna”, której głównym założeniem miały być wspólne europejskie zakupy gazu, była przez pewien czas sztandarowym pomysłem Donalda Tuska, wówczas jeszcze premiera polskiego rządu. Projekt ten był, co dla Tuska raczej nietypowe, dość korzystny z punktu widzenia takich państw jak Polska, lecz już niekoniecznie dla stawiających na interesy z Rosją i wzmacnianie własnej pozycji Niemiec. Być może właśnie dlatego, gdy premier uciekł już do Brukseli, z wielkiej idei nic nie zostało. Nie forsował jej, mając ku temu nowe polityczne narzędzia, Donald Tusk, nie kontynuowała jej również jego następczyni, Ewa Kopacz.
Gdyby wówczas udało się wprowadzić pomysły w życie, dziś bylibyśmy w dużo lepszej sytuacji, a poszczególne państwa nie musiałyby obawiać się zakręcenia kurka lub nierównego traktowania. Tymczasem jednak Unia w najlepsze uzależniała się od rosyjskiego gazu, w imię ekologii walczono z węglem, a Niemcy, gnani niezrozumiałą obsesją zamykali swoje elektrownie atomowe. Atom najszybciej (choć nie w Niemczech, jak widać) wrócił do łask, jednak teraz, gdy Niemcom czy Holendrom grozi za kilka miesięcy marznięcie we własnych domach, okazuje się, że węgiel może być znów uznawanym przez urzędników źródłem ciepła, a i solidarność energetyczna wydaje się warta rozważenia. Tyle że teraz to z Niemcami dzielić miałyby się trochę bardziej zapobiegawcze i bardziej realistycznie oceniające wcześniejszą sytuację kraje.
Na to bankructwo unijnych i niemieckich polityk odpowiedzią wydaje się nie refleksja, ale ucieczka do przodu. Unijne elity nie tylko próbują marginalizować państwa członkowskie, lecz także zmieniać kolejne elementy systemu wspólnoty. W zapowiedziach mamy więc usunięcie mechanizmu weta czy zmianę ordynacji wyborczej, w której posiadający więcej władzy Parlament Europejski miałby być częściowo wybierany z list międzynarodowych i przez osoby, które skończyły już nie 18, ale 16 lat. Co więcej, do przodu uciec chcą i Niemcy, którzy poległszy na kilku frontach naraz, ogłaszają, że są gotowi objąć przywództwo nad Europą. Tylko czy Europa na pewno tego właśnie potrzebuje? A przede wszystkim czy potrzebuje tego Polska?
Jeśli więc opozycja znów postanowi oprzeć kampanię na kompleksach wobec unijnych elit, będzie musiała odpowiadać na wiele niewygodnych pytań i nie jest pewne, że tym razem będzie umiała z nich wybrnąć.