To były 43 dni, które wstrząsnęły Krakowem. Z prostej kalkulacji wynika, że tempo, w jakim zebrano podpisy, było piorunujące – ponad 3 tys. dziennie. Finalnie do komisarza wyborczego miano ich wczoraj przekazać ponad 133 tys., choć wymaganych było 58 tys.
Oznacza to, poza wielką mobilizacją Krakowian, że mieszkańcy miasta uznali złożenie podpisu za akt niezgody wobec tego, co dzieje się w mieście, ale też formę wyrażenia sprzeciwu wobec polityki koalicji 13 grudnia, bo to ona w Krakowie rządzi niepodzielnie. Jak powiedział podczas konferencji prasowej w trakcie składania podpisów Piotr Kubiczek, jeden z wolontariuszy zbierających podpisy: – Dziś składamy wypowiedzenie z pracy panu prezydentowi Miszalskiemu.
Los Miszalskiego rozstrzygnie się w maju
Teraz, jeśli liczba podpisów okaże się wystarczająca (trudno, by było inaczej), to komisarz wyborczy po ich weryfikacji, na co ma 30 dni, wyda postanowienie o organizacji referendum – te musi się odbyć w ciągu kolejnych 50 dni. Wszystko wskazuje więc na to, że do referendum w Krakowie dojdzie nie później niż pod koniec maja, a po jego sukcesie (tj. odwołaniu samego prezydenta Krakowa lub z radą miasta) wybory przedterminowe odbyłyby się w ciągu 90 dni. A więc najpóźniej na początku września, a kto wie – może nawet jeszcze w trakcie wakacji.
To wszystko przyspiesza dynamikę wydarzeń. Taki zapewne był zresztą plan organizatorów referendum, którzy widząc postępy w zbiórce, postanowili nie czekać do ostatniego dnia, za to maksymalnie przyspieszyć moment głosowania. Jest to oczywiście zrozumiałe – dzięki temu emocje związane ze zbiórką nie wygasną, a nad samym referendum nie zawiśnie widmo niskiej frekwencji, gdyby okazało się, że do urn trzeba by iść np. w niedzielę po Bożym Ciele lub w weekend przypadający już na okres po zakończeniu roku szkolnego i wakacyjne wyjazdy czy zwyczajne, letnie rozprężenie.
To zagrywka pokazująca dojrzałość projektu, jakim jest referendum. Warto przy tym podkreślić, że nie brakowało „doradzaczy”, którzy dość przewrotnie sugerowali organizatorom, by „zbierali jak najdłużej”, z dokładnie takiego samego powodu – licząc na osłabienie emocji i finalnej frekwencji.
Kraków na ustach całej Polski
Zresztą na osobne uznanie zasługuje mobilizacja do zbiórki i dotarcie do Krakowian z przekazem. Przez ostatnie tygodnie Kraków był i pozostaje na ustach całej Polski jako miejsce, gdzie „coś się zaczęło dziać” i co w razie powodzenia może być przykładem dla innych.
Tym bardziej że jak pokazuje dynamika wydarzeń, sama presja wystarcza, by zmusić władze do działania. Tak jest w przypadku Aleksandra Miszalskiego, który po początkowym okresie bagatelizowania, a nawet lekceważenia idei referendum z tygodnia na tydzień stawał się bardziej koncyliacyjny, by w ostatnich dniach ogłosić nawet, że referendum „to najlepsze, co mogło mu się przytrafić”. W międzyczasie wycofał się taktycznie z części własnych postulatów, w większości niekorzystnych dla mieszkańców Krakowa, część ograniczył, a w przypadku jeszcze innych zapowiedział „rewizję” i „głęboką korektę”.
Tak jest m.in. z będącą katalizatorem zbiórki podpisów Strefą Czystego Transportu, która od stycznia obowiązuje na 60 proc. powierzchni miasta. Miszalski twierdzi teraz, że po tym, gdy „usłyszał głos mieszkańców”, wprowadzi serię wyłączeń i udogodnień.
Tym zachowaniem ściągnął na siebie drwiny nawet ze strony słynnego poprzednika, długoletniego prezydenta Jacka Majchrowskiego, który choć sam nie popiera idei referendum, to wydaje się mieć swojego następcę za człowieka o niewystarczających kompetencjach i stanowczości. – Jeżeli się podejmuje jakąś decyzję, to trzeba mieć świadomość, że ona jest merytoryczna, uzasadniona i taka, jaka powinna być. To wynika z różnych elementów, ale taka ma być. Jeżeli po dwóch tygodniach czy po miesiącu się z niej wycofujemy, to znaczy, że ona była zła, była głupia – mówił Majchrowski w RMF FM.
Tymczasem wciąż trwa miejska ofensywa wizerunkowo-propagandowa. W ostatnich dniach pod Wawelem niemal każdy mógł za sprawą przychylnych Miszalskiemu mediów usłyszeć, że „zagraniczna” agencja ratingowa S&P Global Ratings potwierdziła długoterminową ocenę wiarygodności kredytowej Krakowa na poziomie A- oraz oceniła perspektywę miasta jako stabilną. Oznacza to mniej więcej tyle, że nic się nie zmieniło – ocena jest ściśle powiązana z ratingiem Polski, a co najważniejsze – odbywa się na zlecenie samorządu. Nie przeszkodziło to jednak chwalić się samemu Miszalskiemu czymś, o czym jeszcze pół roku temu, a więc przy poprzedniej ocenie, ledwo się zająkiwano.
Tyle że w Krakowie mało kto chce słuchać tego typu propagandy. Co więcej, trudno nie odnieść wrażenia, że Miszalski, który niemałą część swojej prezydentury spędził na autopromocji w internecie, osiągnął na tym polu „sukces”. Dziś z lokalnego i do niedawna anonimowego włodarza stał się rozpoznawalnym w całej Polsce politykiem, przeciwko któremu protestuje się „z zasady”.
Co jednak szczególnie interesujące, „krakowski bunt” uruchomił wiele analogicznych tendencji w polskich miastach i miasteczkach. Tak jest nawet w Warszawie, gdzie – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – rządząca nią Koalicja Obywatelska „była już bliska wprowadzenia śródmiejskiej strefy płatnego parkowania z opłatami w weekendy, ale przestraszyła się akcji referendalnej z odwołaniem prezydenta Krakowa. – Wystarczy pretekst, żebyśmy mieli to samo piekło – słyszymy w Koalicji Obywatelskiej. Partia wciska w stolicy hamulec”.
Tak, to właśnie ten „efekt Krakowa”, który widać np. na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim. I tak w Bytomiu bardzo blisko jest do zebrania wymaganej liczby podpisów (10 633), podobnie gorąca sytuacja jest w Chorzowie i Będzinie, a także w Gliwicach. W tych ostatnich rzecz jest o tyle ciekawa, że od dwóch lat rządzi nimi Katarzyna Kuczyńska-Budka, prywatnie żona prominentnego polityka KO Borysa Budki.
Skutki krakowskiego buntu
Jak zakończy się ten „krakowski bunt” dla samej stolicy Małopolski, ale i dla innych samorządów? Cóż, czas pokaże. Wszystko teraz w rękach i nogach samych Krakowian, którzy muszą udowodnić, że podpisanie wniosku nie było przypadkowym gestem, ale świadomą, mającą konsekwencje deklaracją.
Gdyby do urn poszli wszyscy, którzy podpisali się pod wnioskiem, to zwyczajna arytmetyka każe sądzić, że Miszalski mógłby się pakować (statystycznie należałoby doliczyć i niepodpisanych, i niewielką, ale stanowiącą kilka, kilkanaście tysięcy osób grupę głosujących za pozostawieniem dotychczasowych włodarzy).
Tymczasem sprawa jest niewiadomą, choć pewne światło rzucają na nią bukmacherzy. „Zwolennicy odwołania mogą liczyć na kurs 1.65, co daje 60-procentowe prawdopodobieństwo sukcesu inicjatorów. Z drugiej strony pozostanie Aleksandra Miszalskiego na stanowisku wyceniane jest na 2.05, co daje mu nieco mniejsze, ale wciąż realne szanse na przetrwanie burzy” – czytamy w serwisie Krknews.pl. Robi się ciekawie.