Podziel się swoim 1,5% podatku na wsparcie mediów Strefy Wolnego Słowa. Dziękujemy za solidarność! Dowiedz się więcej »

„Panie starszy! Możesz pan odejść…” albo marzenia o innej ludzkości

Czas niepokoju i zamętu sprzyja rozbudzaniu emocji. Nie zawsze zdrowych. Często nadmiernych. Panowanie nad emocjami nie jest sztuką łatwą. A jednak warto ją praktykować, bo niektóre z nich, gdy ujawnią się szerszej publiczności, a zrodziły się w sercach osób publicznych, mogą budzić zażenowanie.

Gdy do dzisiejszego chaosu życia publicznego w naszym państwie dodamy gwałtowne wezwania do rozliczeń w kierownictwie Prawa i Sprawiedliwości – i to ze strony osobistości o wielkich zasługach, tej z „naszej strony”, dostaniemy obraz sytuacji jeszcze bardziej niepokojący, grząski i frustrujący. Ujmujący jeszcze więcej z tej nadwyrężonej puli nadziei, której dziś tak bardzo nam potrzeba. 

Cóż, każdy ma prawo do ocen, zwłaszcza wybitny intelektualista. Rozliczenia kierownictwa partii do niedawna rządzącej, dlaczego nie? Ale właśnie teraz? I to bez konstruktywnej propozycji poprawy sytuacji, rzekomo wyjątkowo zabałaganionej przez nieudolne szefostwo PiS? Tylko punktującej – zresztą bardzo ogólnikowo, niejasno, a miejscami tendencyjnie – popełniane błędy? Powiedzenie, że mamy tu do czynienia z wyjątkową gafą, polityczną niezręcznością, byłoby eufemizmem. 

Szanowany historyk diagnozuje problemy w PiS

Sprawa jest głębsza. Jeżeli znany uczony i ceniony pisarz historyczny przypina liderowi PiS łatkę „nieudolny szef”, przypisując osobiście jemu i jego polityce przegrane wybory i dezorganizację prawicy po wyborach, lekceważenie ośrodków innych niż Warszawa, powołując się przy tym na swoją podobną diagnozę sprzed kilku lat (która okazała się całkiem chybiona), to musimy zapytać o motywy.

„Dziś, 17 lutego 2024 r., na sześć tygodni przed terminem kolejnych wyborów samorządowych, PiS nawet nie wskazało jeszcze swojego kandydata czy kandydatki w Krakowie. To już nie jest ostentacja, to jest po prostu pogarda okazana mieszkańcom milionowego miasta – a przecież podobnie jest w tylu innych. (…) Gotowość do odejścia jest miarą dojrzałości. To gorzka mądrość w doświadczeniu wszystkich tych, którzy żyli dość długo” – pisze znany profesor na łamach wydawanego przez jego środowisko periodyku. 

Czy naprawdę autor tych słów uważa, że uzdrowić prawicową scenę polityczną, w obliczu agresywnej polityki rządu i całej koalicji 13 grudnia oraz jawnych działań sił zewnętrznych, można i należy przez eliminację lidera PiS? Czyż nie o tym właśnie marzą przeciwnicy niepodległej Polski? Czy trudno było znanemu intelektualiście wyobrazić sobie, jaki prezent tą publiczną wypowiedzią zrobił stronie rządowej i szerzej, brukselsko-niemiecko-rosyjskiej?

Straty nie do odrobienia

Nie zapominajmy, że po tragedii smoleńskiej jest w naszym kraju mniej ludzi zdolnych dźwigać brzemię odpowiedzialności za państwo. Utraciliśmy najlepszych z najlepszych, propaństwowych polityków, wybitnych strategów, analityków, samorządowców. Ludzi o wielkich kwalifikacjach umysłowych i z osobistym doświadczeniem walki z komuną, przy tym zdeterminowanych, o mocnych charakterach. Tej straty nigdy nie odrobimy. 

Tym bardziej zdumiewa wezwanie, by jeden z najbardziej zasłużonych dla Polski polityków, którzy ocaleli z tej historycznej katastrofy, niekwestionowany autor (wraz z zespołem polityków i strategów gospodarczych) sukcesu Polski ostatnich lat – także odniesionego na arenie międzynarodowej – powiedział: „Dosyć się nawalczyłem. Niech pałeczkę przejmie ktoś młodszy”. Szczególna propozycja w czasie, gdy kryterium wieku na całym świecie zdecydowanie przestało być elementem wykluczającym z życia politycznego. 

Gdy podobną sugestię wypowiada ktoś młodszy o pokolenie, mimo woli nasuwa się obraz pogardliwego stosunku do ludzi w wieku powyżej średniego, jaki wielu z nas wciąż dobrze pamięta z różnych odsłon peerelowskiego życia: „Panie starszy! Możesz pan odejść…”. Tego rodzaju kindersztuby uczyli nas specjaliści od savoir-vivre’u (zwracając się w ten sposób nie tylko do wysłużonych kelnerów).

Marzenia o innej ludzkości

Jedną z najbardziej niebezpiecznych utopii liberalizmu jest przekonanie, że można stworzyć idealną rzeczywistość: bez brudu, zła, odpadów, pyłów. Bez wszystkiego co brzydkie i niezdrowe. Bez żadnych niedoskonałości. Także bez pewnych ludzi, których widok, zachowanie mogą komuś mącić przyjemność przebywania w idealnym świecie. Bez zaślinionych niemowląt i pomarszczonych starców. „Oczyścić świat” stało się nie tylko zawołaniem pewnej bladej dziewczynki ze Szwecji, o twarzy naznaczonej chorobliwym smutkiem, lecz także setek tysięcy ludzi, którzy dali się nabrać na mit świata „czystego” biologicznie, bezpiecznego klimatycznie. Ofiarami tego złudzenia są dziś zastępy naiwnych, a doprowadzonych do nerwicy osób, które obsesyjnie tropią środowiskowe „nieczystości”, „zagrożenia”. Ta wizja oparta jest na głębokim, płynącym z pogańskiego źródła poczucia lęku. 

Współczesne ideologie jeszcze bardziej wyolbrzymiają ten ukryty lęk i demonizują jego przyczyny, tworząc wyalienowane z normalnego życia jednostki i społeczności domagające się wszystkich możliwych praw. Kompletnie oderwane od swoich korzeni, skupione na dwóch ideach: integralnej ekologii i powszechnym braterstwie. A braterstwo, ta karykatura chrześcijaństwa, istnieje tylko pod warunkiem, że można kogoś z „braci” skazać, powiesić, obciąć mu głowę albo przynajmniej publicznie oskarżyć, zniesławić i wyrzucić poza nawias.

„Uzdrowienie” politycznej sytuacji na prawicy przez eliminację człowieka symbolizującego jej prawdziwą siłę, co postuluje znany profesor, to stała praktyka naszych wrogów, to zasada ich filozofii politycznej, to podstawa zaślepionej taktyki w obliczu trudności. To tam, na wschodzie, metoda opieczętowywania tych, z którymi „mogą być jakieś trudności” w osiąganiu wyspekulowanych celów jako „ludzi zbędnych”, została doprowadzona do perfekcji. 

Polityk ma trudniej od naukowca

Łatwo jest człowiekowi nauki rozliczać czynnego polityka. Te dwie pozycje są tak radykalnie różne od siebie, jeśli chodzi o bezpośrednie koszty ponoszone za pełnienie publicznej misji, że gwałtowny atak naukowca na politycznego stratega i przywódcę obozu patriotycznego nie może nie budzić zażenowania. Pisząc książki, prowadząc wykłady, ryzykuje się doprawdy niewiele w porównaniu z życiem nieustannie na głównej linii frontu. Ta dysproporcja między wygodną pozycją intelektualisty i recenzenta działań polityków a osobą, która osobiście odpowiada za politykę całego obozu prawicowego, musi rzucać głęboki cień na to dziwne przedsięwzięcie – publiczne wezwanie do ustąpienia lidera w momencie jednego z największych przesileń w historii Polski. 

Krytyka jest zawsze dużo łatwiejszym wyborem niż zabieganie o własną doskonałość (także niepoprzestawanie na publikacjach, choćby najwyższych lotów, ale branie np. czynnego udziału w polityce). Dlatego pozwalam sobie wystosować apel do pana profesora: nie rzucajmy łatwych oskarżeń, będąc po tej samej stronie politycznego sporu. Nie ulegajmy obsesji „czystości”, „nieskazitelności” naszego środowiska. Nikt nie jest nieomylny, wszyscy popełniamy błędy. To część naszej ludzkiej kondycji. Bądźmy sprawiedliwi. Nie ulegajmy pokusie widzenia belki w cudzym oku.

Nawet gdy od Krakowa do Warszawy jest kilkaset kilometrów i nie wszystko widać stamtąd wyraźnie. Nawet gdy w dawnej stolicy Polski wciąż gdzieniegdzie panuje swoiste poczucie wyższości, rodzaj niewygasłej dumy z bycia niegdyś „centrum świata” i jakiś cień zawodu, że sytuacja się zmieniła. Tęsknota, być może, za habsburskim ładem, stabilnością i elegancją, kontrastującym z rozwichrzoną, wstrząsaną rewolucyjnymi zrywami, spływającą raz po raz krwią Warszawą. To fakt, stateczny „Krakówek” Stańczyków nieraz był rozdrażniony, a wręcz potężnie zirytowany „Warszawką”, której odmawiał prawdziwie europejskiego sznytu, politycznej klasy, roztropności.
Zwłaszcza wtedy warto opanować emocje, poskromić irytację, wznieść się ponad małostkowe wypominanie nieuniknionych błędów. Warto i należy wrócić do rzeczywistości.

W tekście celowo nie wymieniam nazwisk obu bohaterów. Czynię to także z powodu wieloletniej więzi łączącej mnie ze środowiskiem autora polemiki, wydawnictwem i dwumiesięcznikiem „Arcana”, które jest jego dziełem, a któremu wiele w mojej drodze publicystycznej zawdzięczam.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Chcesz skomentować tekst? Udostępnij treść i skomentuj w mediach społecznościowych.
Ewa Polak-Pałkiewicz
Wczytuję ocenę...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo