Nie trzeba było długo czekać. Nie zasechł jeszcze atrament położony przez ekipę Tuska nad akceptacją Mercosuru, a już okazało się, że wołowina przysyłana nam z drugiej półkuli jest po prostu trująca i nie odpowiada normom obowiązującym w Europie. To, że importowane mięsko może okazać się toksyczne, ostrożni krytycy wspaniałego traktatu podnosili, zanim rzeczywistość potwierdziła ich domniemania dowodzące, że każda inicjatywa europejska brzydko pachnie. Ile czasu zabierze przekonanie, że forsowany na siłę program SAFE to, poza pozorami zapewniania bezpieczeństwa, pomysł na utratę państwowej suwerenności, uzależnienie się od kaprysów władców Unii i gigantyczne obciążenie długiem przyszłych pokoleń? W podobny kanał wpuszczono nas z energią pochodzącą z innych źródeł niż kopaliny.
Prąd z wiatru czy ze słońca per saldo okazuje się droższy niż środki tradycyjne, a jego ekologiczna wartość, nawet zakładając, że istnieje coś takiego jak efekt cieplarniany, okazuje się bardziej niż problematyczna. A przecież to niejedyne efekty działania europejskich ustawodawców i ich lobbystów! Czy naprawdę nie można było przewidzieć zawczasu efektu niekontrolowanej imigracji? Nie trzeba znać historii, by wiedzieć, że niekontrolowany napływ obcych z wrogiego kręgu kulturowego musi skończyć się tragedią autochtonów, tym prędzej że Europejczycy rodzimi najwyraźniej stracili ochotę do rozmnażania się. I to wcale nie sami z siebie. Nie jest przypadkiem, że cała filozofia i kultura popularna zrobiły wiele, aby zwalczać tradycyjną rodzinę i sens prokreacji. Ideałem była planeta singli wszelkich możliwych orientacji poza heteroseksualną. Propagowane wzorce szczególnie trafiają do młodych umysłów, gotowych próbować wszystkiego, czego rodzice zakazują.
Toteż aż chce się kibicować administracji Trumpa, która zamierza ukrócić prawdziwą pandemię zmiany płci u dzieci, często poza kontrolą rodzicielską. I niestety wątpię, żeby ktokolwiek kiedykolwiek zapłacił przyszłym pokoleniom odszkodowania za konsekwencje dzisiejszych błędów.