Najwięcej oczywiście u tych, którzy wciąż żywią wielkie kompleksy wobec „Europy”, a że w kraju ostatnio słabiej z ich autorytetem, czekają z utęsknieniem na nagrody z zewnątrz. Kiedyś bardzo liczne dowody uznania od Niemców dostawał Donald Tusk, ostatnio wyprzedziła go w tej konkurencji prof. Małgorzata Gersdorf z nagrodami Fundacji im. Theodora Heussa, „Międzynarodową Nagrodą Demokracji Bonn”, a ostatnio holenderską Nagrodą Praw Człowieka. Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk miał być wróżbą przegranej Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. Z kolei sympatycy Jerzego Owsiaka aż trzykrotnie celebrowali zgłoszenie szefa WOŚP do pokojowego Nobla, choć sama nominacja nie znaczy właściwie nic, nic więc trzykrotnie z tego nie wynikło. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że Norweżka Jette Christensen, deputowana Partii Pracy, nominowała do nagrody stowarzyszenie sędziów „Iustitia”. Christensen lubi wartości europejskie i żonatych oraz dzieciatych mężczyzn, zdążyła stać się nawet bohaterką skandalu, dlatego nie wszyscy w stowarzyszeniu się cieszą, jednak lubiące splendory władze „Iustitii” są „za”. Nie zdążono wystawić do Noblowskiego wyścigu Mateusza Kijowskiego, nikt nie pomyślał (jeszcze) o Marcie Lempart, nie brak jednak kibicujących rozpolitykowanym sędziom. Niestety, znów przyjdzie obejść się smakiem. Polityczna poprawność wymaga, by Nobel trafił do twórców ruchu Black Lives Matter, tak jak w swoim czasie trafić musiał do Baracka Obamy. Może trochę szkoda, bo chętnie popatrzyłbym, jak nasi sędziowie, ci nadzwyczajni ludzie z nadzwyczajnej kasty, dzielą się otrzymaną nagrodą pieniężną. I czy, jak Olga Tokarczuk, zostaliby zwolnieni z podatku?
Nobel dla Polaków?
Jakoś tak się dzieje, że niby już mało kto poważnie traktuje Pokojową Nagrodę Nobla (a i z literacką bywa różnie, ale to temat na inną okazję), ale gdy tylko ktoś zgłosi do niej kandydaturę z Polski, rozpala to emocje.