Zacznijmy od pozytywu. Histeryczna wręcz reakcja środowiska sędziowskiego na porozumienie z Brukselą i akceptację polskiego KPO pokazuje, że nie wszystko zostało jeszcze dogadane ponad naszymi głowami. Pokazuje to również pierwsza reakcja Rafała Trzaskowskiego sprzed kilku dni, gdy podczas spotkania zapowiadającego drugą edycję jego Campusu Polska niemal wprost powiedział, że ma nadzieję, iż pieniądze uda się jeszcze zablokować.
KPO – problem opozycji
Zgodnie ze swoją agendą sprzed kilku lat, wprost zakładającą zamrożenie środków dla naszego kraju do czasu, gdy wydawać będzie je mogła odpowiednia władza. Agendy w tym przypadku zresztą trudnej do zrealizowania o tyle, że KPO ma przecież swoje ramy czasowe. Być może stąd propozycje, by pieniądze trafiały bezpośrednio do samorządów, co jednak, z racji budowy samego porozumienia, byłoby niemożliwe. A środki przecież i tak w dużym stopniu trafią właśnie tam, do miast, powiatów i gmin, również tych, zarządzanych przez PO, która, znając jej sposoby konstruowania politycznej opowieści, wszelkie dobrodziejstwa, wynikające z inwestycji, przypisze sobie i Unii Europejskiej, równocześnie kłamiąc, że rząd pozbawia doły środków.
To stała narracja opozycyjnych samorządów, niewytrzymująca konfrontacji z liczbami, jednak przekonująca dla ich wyborców. A przy tym – kolejny problem wizerunkowy dla Prawa i Sprawiedliwości. W wielu miejscach kraju przeciętni beneficjenci inwestycji utożsamiają je z najniższym szczeblem władzy i strukturami unijnymi, nie dostrzegają natomiast udziału władz centralnych. To kwestia dotarcia z informacją do obywatela, w której intensywniej – lecz i z wyczuciem – należałoby wykorzystywać potencjał mediów lokalnych, w tym TVP3.
Wróćmy jednak do opozycji. Dla niej wygodniejsza byłaby pełna blokada środków. Nowe utrudnienia dla Polski tworzone na tym etapie to już broń obosieczna, którą w kampanii wyborczej będzie można wykorzystać jako dowód na antypolskie działania opozycji lub też do pogłębiania różnic między partiami opozycyjnymi na tle podejścia do KPO. Wreszcie – wewnętrznych podziałów w samych partiach.
To ostatnie widać chociażby wśród lewicy. Fakt, że jej politycy zapowiadają rozmowy z Unią, w których równocześnie chcą doprowadzić do szybszych wypłat pieniędzy i zwiększenia nacisków na Polskę w kwestii praworządności, to nie tyle świadectwo hipokryzji, ile odwzorowanie podziałów wśród lewicowców, którym poświęciłem ostatnio wiele miejsca. Z jednej strony mamy w Parlamencie Europejskim przedstawicieli „starego SLD”, którzy w ogóle nie biorą udziału w głosowaniach nad ostatnimi uderzającymi w Polskę rezolucjami, a z drugiej Roberta Biedronia, który do wątku praworządności wciąż dodaje jeszcze kwestię rzekomego łamania europejskich wartości na granicy z Białorusią, a wypłatę KPO najchętniej powiązałby z wpuszczeniem wszystkich turystów Łukaszenki i rozbiórką budowanej na drodze tej hybrydowej inwazji zapory. Co zresztą znów staje się idealnym prezentem dla jego politycznych przeciwników.
Zarzewie konfliktów w koalicji rządowej
Jednak kwestia środków i idących za nimi kompromisów z Unią wyraźnie dzieli koalicję rządzącą. Tego typu spory są trudne do oceny i rozsądzania z punktu widzenia elektoratu. Minister Zbigniew Ziobro zarzuca premierowi, że jedynie w czasach Beaty Szydło istniała wola reformy wymiaru sprawiedliwości. Premier kontruje, że kwestia przeciągających się reform jest zbyt kosztowna zarówno w wymiarze politycznym, jak i finansowym, a uzyskane środki wzmocnią finalnie suwerenność Polski. Byłbym w stanie zgodzić się z tą argumentacją, jednak czy faktycznie występuje tu prosta zależność i rezygnacja z uporu w kwestii reformy pomoże nam wzmocnić naszą pozycję na innych polach?
Oczywiście można uznać, że wzmocniona gospodarczo, militarnie i politycznie Polska będzie mogła pozwolić sobie na więcej, również na przeprowadzenie finalnie tejże reformy. Tyle że to właśnie działania części przedstawicieli umocowanego w III RP wymiaru sprawiedliwości okazują się dla suwerenności największym zagrożeniem, swej siły upatrując w maksymalnym ubezwłasnowolnieniu Polski na rzecz Unii, dającej im właśnie koncesje na zarządzanie społeczeństwem. Taką właśnie wizję, oczywiście głoszoną afirmatywnie, odczytać można z niedawnego wystąpienia Adama Bodnara, zapowiadającego silniejsze poddanie wszelkich działań i inicjatyw przyszłych władz pod kontrolę międzynarodowych, unijnych instytucji.
„Kamienie milowe” w wypowiedziach przedstawicieli rządu jawią się jako rzecz, która w pewnej mierze wciąż podlegać może jeszcze negocjacjom lub korzystnym dla kraju reinterpretacjom. Niestety i tu widać jednak sporo zagrożeń, które wynikają nie tylko z podejścia UE (a przede wszystkim PE i TSUE) do Polski, lecz również z ogólnego kierunku przez nią przyjętego.
Co unijny establishment zapisał drobnym drukiem
W wielu komentarzach ekspertów słychać dziś alarmistyczny ton, który nasilił się zwłaszcza po niedawnej konferencji poświęconej przyszłości Europy. To rzekomo demokratyczne zgromadzenie obywateli miało za zadanie pomóc tylnymi drzwiami wprowadzić plany, najczytelniej wyrażone w strategii obecnego rządu Niemiec, czyli dalszą federalizację Wspólnoty. Przyszła Unia, z ograniczeniem roli państw członkowskich (zniesienie prawa weta) czy ich parlamentów, miałaby być przełożeniem niemieckiego modelu państwowości na całą Wspólnotę zarządzaną najpewniej przez tę samą stolicę. Do wymienionych już pomysłów trzeba dodać wspólne głosowanie na te same listy na terenie całej Wspólnoty (brak na razie technicznych szczegółów tego rozwiązania) czy obniżenie wielu wyborczego do 16 lat.
O totalitarnych zapędach ekologicznych czy powrocie antyatomowej obsesji, a więc de facto systemowym podtrzymywaniu zależności od Rosji, szkoda już nawet pisać. Tak samo, jak o samobójczym podejściu do kwestii imigracji, które ostatnio znalazło wyraz w odejściu coraz bardziej krępowanego polityczną poprawnością szefa Frontexu. Wspomnę tylko (pisał o tym niedawno Michał Rachoń), że UE przez Frontex próbowała narzucić Litwie przyjmowanie ściąganych przez Białoruś imigrantów, a my uniknęliśmy tego tylko dlatego, że nie angażowaliśmy w obronę granic tej unijnej agencji.
Unijne elity nie mogą dziś być pewne swej przyszłości i stałości władzy. Ich politykę i stwarzany przez lata dogmat o braku alternatywy najpierw zakwestionował brexit, a później wojna na Ukrainie i wynikające z niej nowe sojusze geopolityczne (z jednej strony frakcja oczekująca wygranej Kijowa, z drugiej oportuniści, którzy nawet w Kijowie pomiędzy wyrazy wsparcia przemycali wezwania do ustępstw wobec Putina). Wewnątrz poważnym sygnałem ostrzegawczym mogą być choćby wyniki wyborów we Francji.
Elita UE chce więc przyspieszyć na drodze ku ujednoliceniu i zmarginalizowaniu państw członkowskich, a co za tym idzie – utrwalić swoją władzę. KPO jest dla niej bardzo poręcznym narzędziem. Tu nie chodzi już tylko o karcenie nielubianego rządu, lecz o dużo dalej idące procesy. To ich szlak znaczą „kamienie milowe”.