Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
,Konrad Wysocki
05.08.2025 08:30

Nie „czy”, tylko „kiedy”

Trudno policzyć wszystkie analizy i raporty przygotowane w ostatnich latach przez ekspertów i dotyczące wojny na linii Rosja–NATO. Z większości z nich wyłania się ponury obraz końcówki obecnej dekady, w której to możemy być częścią znacznie szerszego konfliktu niż ten, który toczy się na Ukrainie.

Neoimperializm Rosji przyspiesza, tamtejsza gospodarka już dawno przeszła na tory wojenne, a ponadto reżim Putina nie jest osamotniony w rozbudowie swojej armii, bo ochoczo pomagają mu Chiny, Iran i Korea Północna. W takich okolicznościach nie jest zasadne pytanie „czy”, ale „kiedy” putinowska Rosja osiągnie zdolności do zaatakowania Sojuszu i po prostu to zrobi. Przewidywania amerykańskich ekspertów i dowódców mówią o 2027 r., a więc już za dwa lata. Niemcy dają trochę więcej czasu i wieszczą, że nastąpi to w 2029 r. Z kolei zdaniem Ukrainy, która z wiadomych względów jest mocno zorientowana na rosyjskie realia, tamtejsza armia będzie gotowa do uderzenia najpóźniej w 2030 r. Widać więc, że prognozy zmierzają w kierunku jednego – konfrontacji. Dla takich krajów jak Polska to ostatni dzwonek, by przyspieszyć rozwój zbrojeniowy armii i jej liczebność. Póki nie jest za późno.

 

Reklama