Bo to moje pokolenie w znacznej mierze przyjęło za swoją ideologię „końca historii” z jej niebezpiecznym bagażem: szyderstwami z patriotyzmu, pedagogiką wstydu, kpinami z polskości, historyczną amnezją i popkulturowymi, lewicowo-liberalnym „-izmami”. To wszystko przez lata nie tylko pomogło wygrywać i utrzymywać znaczne wpływy społeczne kompradorskim elitom. Rzutowało także na młodsze roczniki, urodzone już w czasach III RP. Wszak przykład płynie z góry. Dlatego żal mi tych młodych, którzy dziś często naprawdę są zaniepokojeni i czują, że z dnia na dzień skończył się świat, który zbyt lekkomyślnie im obiecywano. Oni wszyscy w dość szybkim tempie będą musieli odrobić lekcję zapomnianych w znacznej mierze polskich tradycji: niepodległościowych, insurekcyjnych, pozytywistycznych. Ale kto ich tego wszystkiego nauczy?
Lekcja historii
Moje pokolenie, urodzone pod koniec lat 70. XX w., miało pełne prawo uważać, że wygrało los na dziejowej loterii. Gdy byliśmy nastolatkami, upadły Sowiety, kraje tak zwanej demokracji ludowej wyzwoliły się od moskiewskiej dominacji, rosyjskie wojska pokojowo opuściły kontrolowane kraje. Dziś jednak ze smutkiem myślę, że wielu moich rówieśników i rówieśniczek to niestety uśpiło.