Do tej pory cierpliwość polskich władz wobec rosnącego apetytu Unii wydawała się niezmierzona. Wiara w traktaty i procedury została tymczasem wystawiona na olbrzymi szwank i jest już najwyraźniej nie do uratowania po ostatnich żądaniach Komisji Europejskiej. Po kwestionowaniu ustaw w dziedzinie, która jest obiektem sporu kompetencyjnego między naszym krajem a unijną biurokracją, przyszła kolej na próbę przebudowy państwa polskiego i jego konstytucyjnego ładu.
Niekończące się obiecanki cacanki
Historia pieniędzy na KPO to opowieść o wielkich aspiracjach i szansach dla Polski, lecz też o politycznym i ekonomicznym szantażu ze strony Unii Europejskiej. Pieniądze, które, używając popularnej w ostatnich latach frazy, po prostu nam się należały, okazały się w nieskończoność przesuwaną przed naszym nosem smaczną kością trzymaną na żyłce.
Najpierw, co ciekawe, nie bez udziału Viktora Orbána zgodziliśmy się na mechanizm warunkowości, który miał być jedynie zabezpieczeniem unijnych pieniędzy przed defraudacjami i nadużyciami. Przed korupcją, która była wręcz na poziomie systemowym problemem Węgier czy Bułgarii, lecz nie Polski, której rozliczenia nigdy nie budziły zastrzeżeń powołanych do tego instytucji kontrolnych UE.
Choć w naszej przestrzeni medialnej i w samej koalicji rządzącej wybrzmiały konkretne ostrzeżenia, zgodziliśmy się na zaproponowane rozwiązania. Na ich korzyść przemawiały wówczas dwa argumenty. Pierwszy, który formułował Jarosław Kaczyński, sprowadzał się do długofalowej kalkulacji. Taktyczne ustępstwo służyć miało wzmocnieniu się w przyszłości. Argumentem krótkofalowym było z kolei równoczesne skierowanie skargi na mechanizm warunkowości do TSUE, choć tu już można było mówić o pewnej naiwności, ponieważ polityczne motywy wyroków tej instytucji kilkanaście miesięcy temu nie mogły w nikim już budzić żadnych wątpliwości. Co za tym idzie, decyzję znaliśmy tak naprawdę już w momencie wysłania swojej skargi.
Nie warto w tym miejscu przeprowadzać wykładu z całej historii zmagań Polski z Parlamentem Europejskim i Komisją Europejską o środki z KPO. Przeskoczmy więc do przedostatniego, jak dotąd, odcinka tego serialu. Od pewnego momentu Polska zaczęła sięgać po poważniejsze niż wcześniej środki nacisku, zapowiadając wetowanie ważnych dla agendy instytucji europejskich rozwiązań. Gdy tylko groźba ta zawisła w powietrzu, okazało się, że Komisja Europejska chce negocjować. Polskie władze za to, uznawszy, że w trudniejszej sytuacji gospodarczej, pokrywającej się do tego z rokiem przedwyborczym, środki już naprawdę mogą się przydać, do rozmów przystąpiły. Kilka dyskusyjnych ustępstw, de facto niesatysfakcjonujących obu stron, pozwalało jednak, jak się zdawało, przynajmniej na pewien czas wyjść wszystkim z twarzą.
Daliśmy palec, Unia chce całą rękę
Prezydent przedstawił zaakceptowaną przez KE propozycję reformy wymiaru sprawiedliwości, a parlament ją przyjął, choć nie obyło się bez próby przywrócenia całości patologicznego ładu prawnego sprzed reformy w poprawkach opozycji. I tu zaczęły się kolejne problemy. Najpierw okazało się, że część warunków, jakimi obwarowano wypłaty, nazwanych kamieniami milowymi, to poważna i zaskakująca dla naszych polityków ingerencja w polski system społeczno-polityczny, wykraczająca daleko zarówno poza kompetencje Unii, jak i kluczowy dla naszych relacji obszar wymiaru sprawiedliwości.
Nasi politycy zaczęli mówić w mediach, że niektóre z punktów można zwyczajnie zlekceważyć lub przeczekać, a pieniądze dostaniemy – co już brzmiało mocno podejrzanie. Ze strony Unii coraz głośniej słychać było, że deklaracje samej szefowej KE wiele nie znaczą, a pieniędzy jak nie było, tak nie będzie. I faktycznie ich nie ma, są za to kolejne procedury i żądania wobec Polski. Choć Izba Dyscyplinarna przestała istnieć, nie dostaliśmy żadnych wpłat, trafiły do nas z kolei postulaty rozdzielenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego oraz wycofania się Trybunału Konstytucyjnego z orzecznictwa przyjmującego wyższość polskiej konstytucji nad przepisami unijnymi.
Unia oczekuje więc po pierwsze, przyznania jej prawa do przemodelowania obszaru, którego nie obejmują żadne traktaty i umowy międzynarodowe, a po drugie, co jeszcze ważniejsze, żąda od polskich władz, by decyzją polityczną wymusiły zmianę wyroku sądu. Tak wygląda właśnie trójpodział władzy i praworządność w wizji prezentowanej przez działających z partyjnego nadania urzędników Brukseli i Strasburga. To usztywnienie stanowiska zbiegło się z rezygnacją z weta w kluczowych dla Unii sprawach zapowiadanych przez Polskę. Zbyt szybko zrezygnowaliśmy z rozmowy z pozycji siły i wróciliśmy do roli petenta. Czy teraz więc z powrotem zaczniemy grać kartą, którą mamy przecież w ręku?
Realia dialogu z nienasyconym
O ostrzejsze stanowisko wobec UE zabiegali przecież nie tylko politycy Solidarnej Polski, lecz także znakomicie znający tamtejsze mechanizmy Jacek Saryusz-Wolski, który dziś ponownie bardzo stanowczo ocenia zachowanie KE. „Widać, że nie ma granicy. Jeżeli przedtem uznano za nielegalną Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego i kazano nam to zmienić – mówi Saryusz-Wolski w TVP Info – to teraz za nielegalny mogą uznać Trybunał Konstytucyjny. Jutro może się okazać, że polski Sejm jest nielegalny, i na końcu, że prezydent też może być oskarżony o to, że jest nielegalny, i trzeba go zmienić”.
Oczywiście Unia wciąż wierzy w premiera Tuska, który wszystkie sporne sprawy załatwi w kilka dni, z błogosławieństwem i milczącą zgodą na łamanie wszelkich praw i standardów, jeśli jednak wybory nie przyniosą oczekiwanego rezultatu, a Ursula von der Leyen jednak nie zobaczy swego kolegi jako premiera, te daleko idące prognozy mogą się sprawdzić.
Dzieje się tak dlatego, że choć nie należy porównywać UE z Rosją w chwili, gdy Rosja morduje na skalę masową ludność cywilną, jest coś, co łączy te dwa byty – to nienasycony apetyt. W Rosji objawia się on próbami poszerzania terytorium z udziałem brutalnej siły fizycznej, w Unii Europejskiej to jedynie nieograniczona chęć powiększania własnych kompetencji kosztem państw narodowych i ich mieszkańców za pomocą kruczków prawnych i środków finansowych.
Unia pozostaje, również dla naszych obywateli, atrakcyjnym punktem odniesienia, jednak ta atrakcyjność nie będzie trwać w nieskończoność. Jeśli za zaostrzeniem retoryki pójdzie zmiana negocjacyjna i wrócimy do blokowania spraw na forum międzynarodowym, być może uda nam się coś jeszcze uzyskać, jednak zobaczyliśmy już – i chciałbym wierzyć, że faktycznie zobaczyli to również nasi politycy – że nie możemy być jak filmowy bohater, który użyty do samoobrony kij odrzuca na ziemię po pierwszym celnym ciosie zadanym przeciwnikowi. Przeciwnikowi, który zapał do walki stracił jedynie na chwilę i nie zrezygnował bynajmniej ze swoich zamiarów.
Ten nowy język i nowa gra mogą być skuteczne nie tylko w relacjach z Unią, lecz także z własnym elektoratem, często zmęczonym i rozczarowanym przeciąganiem się spraw. Widać to na przykładzie reparacji, wątku podnoszonego bardzo długo na etapie wstępnym, lecz niemającego wciąż żadnego dalszego ciągu. Wiarę wyborców w PiS przywrócić mogą w obu tych sprawach jedynie twarde działania i pełne wykorzystywanie posiadanych przez nas możliwości, lecz już bez naiwnej wiary w traktaty i uzgodnienia, do których druga strona nigdy się nie poczuwała.