Ponieważ nie zaliczam się do tego środowiska ani też do niego nie aspiruję, do wyrobienia sobie oceny wcześniej wystarczały mi publikacje szefa „Newsweeka”, firmowane przez niego okładki, sporadycznie – złote myśli z Twittera. Przyznam, że artykuł, poświęcony złemu traktowaniu innych przez jego obecną żonę, jaki ukazał się lata temu w „Dzienniku”, nawet się w mojej pamięci nie zapisał, szczęśliwie dobrzy ludzie przypomnieli także ten tekst na fali rozmów o tym jakże medialnym małżeństwie. Pamiętałem za to, że gdy pojawiły się pogłoski, iż Lis rozważany jest jako kandydat na naczelnego tego tytułu, na jego łamach pierwsze literki w wierszach w jakimś artykule spontanicznie utworzyły hasło „Wała Tomaszowi Lisowi”. I cóż, szefem „Dziennika” nie został. Z „Newsweekiem” natomiast rozstał się nagle, a raczej został pożegnany, co spowodowało lawinę podejrzeń i plotek. Oczywiście niektórzy uznali, że pracodawca (jakby wcześniej mu takie numery przeszkadzały) ukarał Lisa za chaotyczny atak na całe środowisko dziennikarskie. Inni uważali, że sam Lis chciał stworzyć takie wrażenie, widząc, co się kroi, i dlatego pojechał po bandzie. Potem w świat poszedł artykuł Szymona Jadczaka z wp.pl o mobbingu i żartach redaktora. Każdy już pewnie czytał, jednak tyle samo co tekst mówią wszystkie mowy obrończe – jemu wolno, nic się nie stało, atak polityczny. I tak dalej, i jeszcze obrzydliwiej. Czyta to nowe pokolenie, mniej chętne dawać immunitety za zasługi. A skoro czyta, to zaczyna widzieć to, co my widzieliśmy od lat, że III RP, z jej autorytetami, była państwem drapieżników i bezkarnych z setek powodów prześladowców. Nie do końca z tym wygraliśmy, ale bitwa idzie teraz o to, by to oni nie wygrali w pełni i nie zafundowali życia w takim kraju kolejnym rocznikom.
Czas drapieżników
Od kilku lat w tzw. środowisku głośno było podobno o dość nieprzyjemnych zachowaniach redaktora Lisa wobec podwładnych.