Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Piotr Gociek
25.11.2025 13:00

Codziennie kryzys – jak znieczulić Polaków i dalej rządzić

Każdego dnia kryzys wywołany przez wroga: gazeta po gazecie, jeden dziennik telewizyjny po drugim. Cały aparat państwa skierowany był przeciw tzw. ekstremie z Solidarności. Pamiętam tamte dni doskonale, bo gdy jest się nastolatkiem, wszystko zapamiętuje się lepiej i głębiej. Ponad cztery dekady później odkrywam, że żyję w tym samym świecie. I, co ciekawe, dużo lepiej pamiętam propagandę z okresu tzw. karnawału Solidarności niż z czasów stanu wojennego.

Nie chodzi mi o porównanie prześladowań opozycji prowadzonych przez komunistów z dzisiejszą polityką Koalicji Obywatelskiej i sprzymierzonych z nią mediów. Byłoby to porównanie idące zdecydowanie zbyt daleko. Ale jedna rzecz jest zadziwiająco podobna: skala propagandy, która przestała być już tylko przeinaczaniem faktów – budowana jest bowiem na kłamstwach i obelgach. Na tych kłamstwach stawiane są kolejne kłamstwa, a potem jeszcze jedna ich warstwa, dopiero gdzieś tam na szczycie tej piramidy kłamstw znaleźć można półkłamstwa i ćwierćłgarstwa albo nawet fakty, tyle że przedstawione, jak to się pięknie mówi, „w odpowiednim świetle”. Ta wisienka na torcie, ta odrobina realizmu, potrzebna jest oczywiście tylko po to, żeby zawsze można było się do niej odwołać, kiedy ktoś kłamcom zarzuci kłamstwo. Pokazują wtedy ten jeden wybrany fakt, który nie jest zwykłym łgarstwem, i obnoszą jako tarczę. Zawsze odrobina prawdy jest potrzebna, żeby uwiarygodnić nieprawdę. 

Cynizm nad cnotą 

Młodsi Czytelnicy nie mogą tamtej atmosfery pamiętać, naukowcy zwykle badają propagandę stanu wojennego. Ja jednak uważam casus wojny medialnej z narodem między sierpniem 1980 r. a grudniem 1981 r. za dużo ciekawszy. I za wzorcowy wręcz przykład nie tylko triumfu kłamstwa nad prawdą, ale i cynizmu nad cnotą. Melodie owej kampanii rozpisane były niesłychanie zręcznie. Oczywiście mieliśmy przekaz medialny najbardziej zatwardziałego betonu PZPR, dla którego sam fakt istnienia jakiejś opozycji (w partii i poza nią) był dowodem na imperialistyczny spisek i działanie wrogiej agentury. Mieliśmy krytykę strony solidarnościowej za, jak to mówiono, „nierealne postulaty”, zrzucanie winy za niedobory na rynku na strajkujących, tak jakby to w stoczniach i hutach produkowano mięso, cukier i masło, których brakowało w sklepach. Nie mówiąc już o nierozwiązywalnym w PRL problemie braku sznurka do snopowiązałek. 

Jednak najważniejszym elementem złamania ducha Polaków było co innego. Coś, co dziś moglibyśmy nazwać w ślad za tytułem programu Macieja Kożuszka w TV Republika „Codziennie g…burza”. Mocno zapisało się w mojej pamięci nie tylko to, że przekaz reżimowy był jednostronny, ale przede wszystkim to, jak bardzo nieustanny i zarazem zróżnicowany. Co krok, to kryzys – tu w spółdzielni mleczarskiej, tam w sklepie spożywczym; tu na kolei, tam w autobusie. Życie nagle stało się slalomem między postawionymi na sztorc brzytwami, każda najdrobniejsza rzecz zamieniała się w środkach masowego przekazu w powód do troski. Nie trzeba było nawet czasem mówić wprost, że to wina strajkujących, elementów antysocjalistycznych albo „ekstremy z Solidarności”. Wystarczało wytykanie kolejnych zagrożeń i problemów (i zawsze wedle zasady „z igły widły”), żeby ogólne wrażenie niepokoju potęgować.

Ktoś może odpowiedzieć: tak, ale przecież druga strona też miała swoje kanały informacyjne. Owszem, odpowiadam, ale w sytuacji wielkiej polaryzacji i ścierających się narracji zawsze najciekawsze jest nie to, co dzieje się wśród zdeklarowanych zwolenników jednej i drugiej strony, ale pomiędzy nimi. Twardogłowych PZPR-owców nie mogły nawrócić żadne ulotki, piosenki Kaczmarskiego, nowe numery „Tygodnika Solidarność” czy spotkania z liderami protestu. Zwolenników Solidarności nie mogły odwieść od działalności najbardziej nawet wymyślne mistyfikacje i najmocniejsze propagandowe uderzenia reżimu. Natomiast pomiędzy nimi rozciągała się tzw. milcząca większość (w wyborach, w dzisiejszych czasach, często zamieniająca się w milczącą mniejszość), od której zależy wszystko. Ten, ku któremu się obróci, ma wielkie szanse na wygraną. I efekt nieustannej propagandy PRL był taki, że bombardowani codzienną g… burzą Polacy po prostu zaczynali mieć dosyć. Obojętnieli na bodźce. A zobojętniałych bardzo jest trudno zmobilizować do walki przeciw władzy. 

Przebodźcować Polaków

Podobnie jest dzisiaj. Zmasowany front od „Wyborczej” i „Polityki” po TVN, Radio Zet, RMF i wielkie portale internetowe należące do niemieckich inwestorów wcale nie jest słabszy niż był kiedyś, natomiast oczywiście występuje przeciw niemu silniejszy niż przed rokiem 2005 opór mediów konserwatywnych: są wolne telewizje, są silne portale, tygodniki. Jest wielki prawicowy ruch influencerski w internecie. A jednocześnie nie widać gwałtownych przesunięć na scenie politycznej. Jedni przypiszą to słabości opozycji, która zaczęła wyniszczającą wojnę wewnętrzną na prawicy, inni będą dowodzić, że, jak widać, polityka Donalda Tuska trafia w gust i potrzeby Polaków, więc nie widzą powodu, by go odrzucić. 

Moja teza brzmi następująco: mamy do czynienia z bardzo podobnym zjawiskiem co w roku 1980, kiedy to nieustanne bombardowanie kryzysami sprawiło, że przebodźcowany naród w chwili ostatecznej próby nie stawiał oporu. Miał po prostu dosyć. Kiedy każdego dnia kończy się świat, robimy się w końcu całkowicie nieprzemakalni na nowe wieści o końcu świata. Myślę więc, że zarówno obóz lewicowo-liberalny utrzymuje rdzeń swojego poparcia, jak i prawicowo-konserwatywna opozycja zdołała już zmobilizować tylu wiernych zwolenników, ilu mogła. Natomiast kluczem do utrzymywania władzy przez koalicję 13 grudnia jest owo prowadzone na wielką skalę bodźcowanie. 

Przybiera ono rozmaity charakter w zależności od okazji. Teraz jesteśmy na etapie straszenia rosyjską dywersją i wojną z Moskwą, przy czym nikt nie zadaje głośno pytania, skąd właściwie niby te dywizje miałyby nagle do Polski wkroczyć, skoro poza frontem ukraińskim pozostało Putinowi niewiele. Innym razem – wspomnijcie, jak to było rok temu – straszakiem jest „porażająca skala wielkich kradzieży”, rzekomo dokonywanych przez PiS. W międzyczasie kryzys gospodarczy (tym straszył Tusk w latach 2011–2015, kiedy powtarzał zaklęcia o Polsce jako „zielonej wyspie”). Umierające kobiety na porodówce, nieludzkie prawo (uchwalone oczywiście przez PiS), powódź, susza, kłopoty z dostępnością leków… Każdego dnia coś nowego albo coś starego, ale starannie i wielu mediach odgrzane i opakowane na nowo. To działa.

Najgorszy scenariusz dla prawicy 

Paradoksalnie rwetes po opozycyjnej stronie zamiast pomagać w walce z propagandą obozu rządzącego może potęgować zobojętnienie wyborców pozostających pomiędzy rządem a opozycją. W pewnym momencie dla pogłębiania otępienia i zmęczenia nie ma już znaczenia, czy bodźce przychodzą z prawej, czy z lewej. Wszystkie wywołują efekt „mam już tego dosyć, oni wszyscy są po jednych pieniądzach”. Tak złamano ducha Polaków w 1981 r., takie zagrożenie mamy i dziś.
Co można robić? Zadanie w dużym stopniu dla prawej strony: zamiast nadmiaru potrzebny jest umiar. Zamiast setek postulatów – kilka prostych punktów programowych, które należy powtarzać, powtarzać i powtarzać. A następnie powtarzać. Wspomnijcie, panowie, jak wyglądała kampania parlamentarna 2015 r. oparta na starannie dobranych przekazach (wiek emerytalny, 500+, sześciolatki itp.). Pora wyciągnąć wnioski, zanim wszystkim wszystko zrobi się kompletnie obojętne.


Piotr Gociek – pisarz, publicysta, krytyk, związany z tygodnikiem „Do Rzeczy” i portalem Literacki.com.pl; współautor kanału filmowego YT Się Zobaczy, gospodarz kanału YT Piotr Gociek Zaprasza. Właśnie ukazała się jego nowa książka „Milczenie Łazarza”
 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane