Dziś rzeczywistość brutalnie weryfikuje mrzonki. Rząd Tajwanu ogłosił zwrot w polityce energetycznej, przygotowując plan ponownego uruchomienia jednej z elektrowni jądrowych około roku 2028, co jeszcze niedawno było politycznie nie do pomyślenia. Pod presją ze strony Chin i ryzyka blokady Tajwan odkrywa, że bezpieczeństwo nie opiera się na hasłach, a przy ograniczonych zapasach surowców powrót do atomu przestaje być opcją i staje się wręcz koniecznością. To sygnał ostrzegawczy dla Europy. Jeśli bogate, rozwinięte państwo na pierwszej linii geopolitycznego napięcia musi wracać do energetyki jądrowej, to znaczy, że wcześniejsze decyzje były błędem. Bo prawda jest prosta: ideologia nie zasila gospodarki. A kiedy przychodzi kryzys, liczy się nie to, w co wierzysz — tylko to, czy masz prąd. Szkoda tylko, że w Polsce rząd zdaje się nie rozumieć powagi zagrożenia, opóźniając konieczne inwestycje w elektrownie atomowe.
Atom jest koniecznością
Jeszcze niedawno Tajwan był stawiany jako przykład ambitnej polityki odchodzenia od energii jądrowej. Kolejne reaktory zamykano w imię ideologii „zielonej transformacji”, zakładając, że gaz i OZE wystarczą, by utrzymać stabilność systemu.