Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski,
11.11.2020 14:24

Amerykańskie wybory, przeniesiony konflikt

Wciąż nie mamy pewności, czy Joe Biden został kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Liczne ujawnione już nadużycia dają Donaldowi Trumpowi nadzieję na utrzymanie stanowiska w przypadku ponownego, uczciwego przeliczenia głosów. Kilka rzeczy jednak już teraz, niezależnie od ostatecznego wyniku tego historycznego starcia, można napisać ze znacznie większą pewnością.

Kiedy w Polsce wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda, Rafał Trzaskowski nie spieszył się z gratulacjami i przyjęciem prezydenckiego zaproszenia do pałacu, które od zwycięzcy otrzymał jeszcze w trakcie wieczoru wyborczego. 

Jak to się robi nad Wisłą

Wielu zwolenników kwestionowało w pierwszej chwili wynik wyborów, zapowiadano też zasypanie Sądu Najwyższego protestami wyborczymi. W akcję włączyli się oczywiście wpływowi politycy opozycji, którzy dystrybuowali nawet gotowe wzory skarg. Niektóre zarzuty mogły być zasadne, jeśli dotyczyły utrudnień w procesie głosowania, które zdarzały się częściej niż zwykle, zwłaszcza za granicą, w wyniku obostrzeń spowodowanych przez pandemię COVID-19. Jak wiemy z praktyki, najczęściej wyborcze protesty kończą się uznaniem, że nawet jeśli dotyczą one zdarzenia, które miało miejsce, to nie można stwierdzić, że to zdarzenie miało wpływ na wynik wyborów. Niemający tej wiedzy protestujący bardzo często używali takich argumentów, jak zaangażowanie po stronie jednego z kandydatów przedstawicieli rządu RP oraz mediów publicznych, w tym Telewizji Polskiej.

Wyliczenie, na ile decyzji wyborczych – i to decyzji pozytywnych dla Andrzeja Dudy – zachowania te wpłynęły, jest zwyczajnie niemożliwe, dlatego też ostatecznie żaden ze złożonych protestów, których zresztą nie było aż tak wiele, nie wpłynął na ostateczne uznanie wyboru. W efekcie dość szybko kwestionowanie mandatu prezydenta ograniczyło się do wpisów rozmiłowanych w czarach nastolatek z Twittera, twierdzących, że ich karty do tarota potwierdziły wygraną Trzaskowskiego. 

Amerykańskie „cuda nad urną”

Wszystko wskazuje na to, że w Stanach Zjednoczonych będzie zupełnie inaczej. Od dnia głosowania docierają do nas kolejne informacje na temat nieprawidłowości zarówno przy liczeniu głosów, jak i w samym procesie wyborczym. Jeszcze przed wyborami Donald Trump występował jako zagorzały krytyk głosowania korespondencyjnego, mocno wspieranego przez demokratów i ich wyborców. Wydaje się, że wiele z jego obaw się potwierdza, a my z dużego oddalenia obserwować możemy liczne „cuda nad urną”. Niepokojącym wiadomościom towarzyszą też liczne dezinformacje, nadinterpretacje i fake newsy, trafiające na podatny grunt, czemu z kolei sprzyja złożoność amerykańskiej procedury głosowania i nasza niewielka wiedza na jej temat. Słyszymy więc o cudownie odnalezionych pudłach z głosami, nagłych zmianach poparcia wyłącznie na korzyść Joego Bidena tam, gdzie różnica była bardzo nieznaczna, wreszcie trafiają do nas liczne amerykańskie memy, ukazujące w gorzko-ironiczny sposób bynajmniej nie pojedyncze przypadki głosowania osób zmarłych. „Mój ojciec bardzo mnie rozczarował. Za życia głosował zawsze na republikanów” – podsumowuje sprawę jeden z krążących po sieci żartów, tyle że sytuacja wcale zabawna nie jest. Niezależnie bowiem od tego, kto ostatecznie zostanie prezydentem, osoba ta będzie miała problem z uznaniem swego wyboru przez zwolenników kontrkandydata. Jeśli w Białym Domu zasiądzie Biden, sympatycy Trumpa przez kilka lat mówić będą o ukradzionej prezydenturze. Jeśli lokator budynku się nie zmieni, to samo powiedzą świętujący dziś wyborcy Bidena, mając przy tym wsparcie potężnych i niesilących się na ukrywanie swoich sympatii politycznych mediów. Mediów, które jeszcze przed wyborami posuwały się do cenzury tweetów prezydenta Trumpa i jego najbliższych, a w trakcie liczenia głosów odmawiały transmisji jego wystąpień, a wszelkie niekorzystne dla demokraty informacje wymazywały z przestrzeni publicznej jako fake newsy. 

Demokratycznie wybrany superestablishment

Wszystko to powoduje też duży kryzys wizerunkowy Stanów Zjednoczonych jako państwa. Kraj będący symbolem, a zarazem głównym eksporterem i promotorem demokracji, od wielu miesięcy targany zamieszkami, wchodzi w ostry powyborczy konflikt. Trudno, oczywiście, przewidzieć skalę potencjalnego niezadowolenia, a i zadowolenie może, co już widzimy, przybierać dość agresywne formy. Być może niedługo USA będą borykać się z kłopotami, jakie w tej chwili są udziałem Białorusi czy Gruzji. W imię doraźnych interesów Partii Demokratycznej i jej biznesowo-medialnego zaplecza świat traci właśnie jeden z ważniejszych punktów odniesienia. Jednak z ich punktu widzenia ta gra warta jest świeczki. „Jednym z owoców kadencji Bidena będzie powstanie w najsilniejszym państwie świata Zachodu »superestablishmentu« poprzez zrośnięcie się politycznego establishmentu władzy z prywatnym establishmentem cenzury. Platformy technologiczne, media, rząd, instytucje, organizacje pozarządowe, wielkie korporacje, opiniotwórczy intelektualiści, uniwersytety – wszystkie ośrodki władzy grać będą do jednej bramki” – pisze Krzysztof Mroczkowski w bardzo ciekawej analizie dla „Nowego Obywatela”. Mroczkowski jako autor lewicowy obawia się zresztą, że poskutkuje to wzrostem popularności prawicowego populizmu. Podobnie, choć z nadzieją, patrzy na to wielu komentatorów sprzyjających republikanom. Najpierw jednak być może trzeba będzie przetrwać cztery lata z Bidenem i Kamalą Harris. 

Przez pryzmat polskiej wojny

W czasach zimnej wojny wielkie mocarstwa prowadziły również faktyczne konflikty zbrojne, czyniły to jednak z dala od siebie, choć nie zawsze wyłącznie cudzymi rękami. Najbardziej oczywistymi przykładami takich „przeniesionych” konfliktów zbrojnych były oczywiście wojny w Korei i Wietnamie, jednak również później Amerykanie i Sowieci wielokrotnie stali za walczącymi stronami rozmaitych lokalnych awantur w egzotycznych zakątkach świata. Nie tak dawno nasze media chętnie cytowały amerykańskiego politologa George’a Friedmana, przewidującego dla naszego kraju los regionalnego mocarstwa i to już w niedalekiej przyszłości. Można odnieść wrażenie, że niektórzy nasi komentatorzy, zarówno z mediów, jak i świata polityki, poczuli się już na tyle mocarstwowo, że pojedynek Trump–Biden traktują jako przeniesioną na zamorski grunt polską wojnę. Stąd wielki entuzjazm naszej opozycji, która nie mogąc cieszyć się z własnych wygranych, w wątpliwym zwycięstwie Joego Bidena upatruje dobrą wróżbę przełamania złej passy. 

Niepotwierdzone jeszcze wiadomości ze Stanów Zjednoczonych Paweł Rabiej, pocieszający się po utracie stanowiska w warszawskim ratuszu, komentował słowami: „Piękny moment. Jeden z najważniejszych od upadku komunizmu. Oby oznaczał początek globalnego upadku populizmu”. Inni popadali w podobny ton, a medialne doniesienia o domniemanym nowym prezydencie i pani wiceprezydent służyć mogłyby za ilustrację słynnych słów Radka Sikorskiego o podejściu do Amerykanów. Bidenowi zdarzało się już ostro krytykować nasz kraj, co tłumaczy ten entuzjazm, dostarczając jednak sporo uciechy obserwatorom stadnych zachowań naszych dziennikarzy. Jednak żadne zaklęcia nie przesłonią faktu, że amerykańskie wybory są początkiem, a nie końcem poważnych problemów dla USA, a co za tym idzie również dla Polski jako ważnego europejskiego sojusznika tego państwa.
 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane