Wstydliwy temat: patologie transformacji
Na początku transformacji demiurdzy III Rzeczypospolitej zapomnieli o tym, że sama zmiana stosunków ekonomicznych nie wystarczy dla pozytywnej przemiany ustrojowej i społecznej.
Właśnie to w znacznej mierze ustawiło procesy zachodzące w ciągu kolejnych dekad przemian. Spór między Polską „niską” i „wysoką”, Polską uboższą i zdecydowanie bardziej ograniczoną w możliwościach kulturowo-ekonomicznych a Polską superbeneficjentów transformacji nigdy się nie wyciszył. Wzajemna niechęć przybierała różne formy i odsłony, przeróżne zawierano sojusze – sam spór nie wygasł nigdy. I wciąż możemy go rozpoznać choćby w konfliktach wokół programu Rodzina 500+, co jest o tyle groteskowe, że ustawodawca nie ograniczył projektu do uboższej części społeczeństwa.
Sufit a sprawa polska
W jednym z poprzednich felietonów dla „Codziennej” („Tani i głupi jak Polak? Jak hartowała się III RP”) wspomniałem o „brygadach Marriotta”, czyli zachodnich specjalistach od prywatyzacji Polski. Nieco później przypomniałem sobie, że rozdział na temat tego zjawiska napisał prof. Witold Kieżun na kartach „Patologii transformacji”. A skoro spory oddźwięk wśród Czytelniczek i Czytelników wzbudził ten tekst, to przecież warto przypomnieć jedną z fundamentalnych rodzimych prac o naszych przemianach ustrojowych i społeczno-gospodarczych.
Fenomen „brygad Marriotta” dobrze pokazuje, w jaki sposób część ówczesnych zarządców III RP tak chętnie zaakceptowała metody przejmowania lokalnego kapitału przez centra zachodnie. Zwracały uwagi solidne stawki za eksperckie wizyty w Polsce: np. 40 tys. dol. za 7-tygodniowy pobyt, zwrot kosztów podróży i zakwaterowania. Autor „Patologii transformacji” wskazuje, że wiele powstałych wówczas dokumentów, suto opłaconych także przez stronę polską, operowało wciąż na tych samych uproszczonych analizach i wnioskach. Mówiąc młodzieżowym slangiem, nierzadko mieliśmy do czynienia z dobrze opłacaną ściemą.
Prof. Zbigniew Nagórski, emigracyjny socjolog i politolog, tak mówił o tym w 1992 r. na łamach paryskiej „Kultury”: „Niestety duża część funduszy idzie nie na bezpośrednią pomoc gospodarczą, ale na opłacenie konsultantów. Większość z nich to ludzie niezorientowani w sytuacji politycznej i gospodarczej Polski. Obserwuję całe plejady ekspertów, którzy przyjeżdżają do Polski, wynajmują pokoje w Marriotcie i piszą raporty nie bardzo odpowiadające polskiej rzeczywistości. I na tym kończy się ich działalność. Później na tej podstawie powstają koncepcje nie do zrealizowania w Polsce”. Nawet jeśli uznamy, że ta obserwacja nie dotyczy wszystkich ówczesnych ekspertyz, to i tak wciąż pozostaje pytanie, ile decyzji podjęto na podstawie wniosków płynących z sufitu.
Centrum i półperyferie
Wnioski z powyższego są dość oczywiste: odpowiedzialna polska wizja modernizacyjna właściwie wówczas nie istniała. Z jakimi skutkami? Oddajmy głos prof. Kieżunowi: „Olbrzymie Zakłady Wytwórcze Urządzeń Telefonicznych w Warszawie, Węgrowie i Bydgoszczy, które miały znaczący udział w rynku telefonicznym w ZSRR. Tę zaawansowaną firmę przejął niemiecki Siemens tylko po to, aby w ramach tzw. wrogiego przejęcia zlikwidować zakupione polskie zakłady, produkcję przenieść do Niemiec i przejmując kontakty handlowe, wejść na gigantyczny rosyjski rynek”. Trudno ustrzec się myśli, że wielu ludzi w Polsce musiało mieć świadomość tego wszystkiego, ale ponieważ z różnych przyczyn nie mogli przyznać się do błędów lub świadomie podejmowanych działań, racjonalizowali sobie takie skandale jak powyższy głośnymi opowieściami o tym, że „kapitał nie ma narodowości”, a patologie prywatyzacji to „wymysł oszołomów”.
Cały proces trzeba też widzieć jako zderzenie centrum i regionów pozostających do nich w peryferyjnej relacji. Na początku reguły gry były płynne, ale stopniowo został wypracowany odpowiedni do okoliczności model postępowania i zarządzania „masą upadłościową” po gospodarce realnego socjalizmu. Prof. Kieżun niejednokrotnie pokazuje, że wbrew pewnemu mitowi, nie wszystko zależało od zachodnich neokolonizatorów. Nie wszystko też było wynikiem złej woli po stronie lokalnych nowo-starych elit. Przeobrażające się państwo, ciągnące garb pasożytniczej PZPR-owskiej nomenklatury, było zbyt chaotyczne, żeby efektywnie wykorzystać kompetencje własnych naukowców, lepiej znających lokalny kontekst. Powiedzmy sobie też wprost: niemałą część reformatorskiego potencjału zmarnowano, ponieważ różne grupy interesu nie ufały sobie nawzajem.
Co istotne, fundamentalną dla naszych przemian cechą majątku narodowego odziedziczonego po PRL-u nie było zapóźnienie – bądź co bądź modernizacja technologiczna dokonywała się nieustannie także w obrębie świata kapitalistycznego. Właściwie trudno sobie wyobrazić kapitalizm bez modernizacji: od rewolucji przemysłowej do informatycznej, wciąż mamy do czynienia z głębokimi i bardzo szybkimi jak na dzieje ludzkości przeobrażeniami w obszarze kapitału i pracy. Najważniejszą cechą kapitałowej i pracowniczej schedy po PRL-u było na początku lat 90. XX w. to, że przez dekady cały ten świat w znacznej mierze pozostawał poza kontrolą zachodniego kapitalizmu i sprzymierzonego z nim świata polityki, a także tamtejszego III sektora.
Wielka gra
Często zapominamy, że Rosja Sowiecka była najfatalniejszą z możliwych, ale realnie podjętą próbą zerwania z logiką coraz bardziej kształtującą kapitalizm pod koniec XIX w., czyli zachodnie centra kapitałowe kontra jego peryferie, w tym euroazjatyckie. W pewnym sensie historia XX w. to dzieje nieudanego wprowadzenia innego modelu globalnych przekształceń w świecie zmienionym przez narodziny kapitalizmu. Fiasko okołosowieckiej rzeczywistości geopolitycznej często, zupełnie bezzasadnie, skutkowało nadmierną ufnością wobec zachodniego kapitalizmu. Młodsze pokolenia mniej są już często naiwne, ponieważ oprócz ładnych opakowań, pełnych sklepów, większych swobód obywatelskich i większej dostępności nawet bardzo niszowych usług widzą też wiele mankamentów władzy turbokapitalizmu nad półperyferiami.
Patrząc w szerszym kontekście, „brygady Marriotta” w początku lat 90. XX w. z całą pewnością pełniły w Polsce równocześnie zadania ekonomiczne, polityczne i kulturowe – to byli misjonarze i misjonarki cywilizacji, która wówczas stanowiła hybrydę powojennych zachodnich laickich państw dobrobytu i narastającego od początku lat 80. XX w. prymatu turbokapitalizmu. W Polsce widzieliśmy na ogół tylko neoliberalny aspekt tego zjawiska – gdy w krajach Zachodu wciąż istniało i do dziś istnieje wiele zdecydowanie proetatystycznych i prospołecznych instytucji, praw i obyczajów. Ba, oszołomione globalnym charakterem kapitalizmu lokalne nowo-stare elity mniej lub bardziej świadomie przestały zauważać, że interesy narodowe wciąż liczą się w tej wielkiej grze. I dziś kosmopolityczny charakter kapitalizmu, oparty na transnarodowych strukturach własności, produkcji, dystrybucji i pracy, często kamuflujący swój bezwzględny ekonomiczny charakter z pomocą przyjaznych dla odbiorców logo, wciąż przecież bardzo mocno musi się liczyć z interesami politycznymi silniejszych spośród państw-graczy.
Ktoś powie, że nie ma już dziś sensu wracać do tych spraw. To nieprawda. Choćby próby korekty półperyferyjnego charakteru Polski trzeba zacząć od uświadomienia sobie trudnej prawdy. Tylko rzetelna i adekwatna do rzeczywistości diagnoza umożliwia wdrażanie właściwych strategii przełamujących negatywy istniejącego status quo.