Nie można zmarnować takiej szansy na poszukiwanie prawdy o tragedii zamordowanej kobiety i naświetlenie mechanizmów funkcjonowania stołecznej sitwy okołoreprywatyzacyjnej. Mamy do czynienia nie tylko z ludzką tragedią i nieukaraną zbrodnią. Śmiem twierdzić, że ta sprawa sięga głęboko chorych korzeni systemu III Rzeczypospolitej, niejawnych możliwości i wpływów biznesowo urzędniczo-politycznych. Być może czas przywrócić do słownika debaty publicznej pogrzebane z końcem lat 90. XX w. słowo „mafia”.
Historia
Zwęglone zwłoki Jolanty Brzeskiej znaleziono w Lesie Kabackim 1 marca 2011 r. Autorzy listu przypominają, że w lutym 2013 r. ujawniono ekspertyzę, która wykluczała samobójstwo jako przyczynę zgonu. Wcześniej policja przekonywała, że aktywistka społeczna sama targnęła się na swoje życie. Sprawę jednak szybko umorzono – sprawcy nie zostali wykryci. Brzeska była jedną z bardziej zaangażowanych działaczek stołecznego ruchu lokatorskiego. Przez lata właściwie tylko to nietypowe środowisko, łączące ludzi zarówno o lewicowych, jak i prawicowych poglądach, na poważnie troszczyło się o sprawy ludzi zagrożonych eksmisją ze zwracanych budynków i starało się przebić do mediów i opinii publicznej z informacjami o coraz bardziej patologicznym charakterze reprywatyzacji warszawskich kamienic. Hasło: „wszystkich nas nie spalicie!” do dziś brzmi jak krzyk rozpaczy niezamożnych obywateli, którzy nie mogą liczyć na sprawiedliwość i wsparcie ze strony własnego państwa. Nie bez powodu w liście do ministra Ziobry posłowie PiS stwierdzają:
„uważamy, że naszym obowiązkiem jest powrót do tej sprawy, także w kontekście pojawiających się informacji o nieprawidłowościach przy procesie zwracania nieruchomości w Warszawie. Wyjaśnienie okoliczności śmierci Jolanty Brzeskiej leży w szeroko pojętym interesie społecznym”.
Brzeska i jej rodzina mieli nieszczęście zderzyć się z pewnym biznesmenem, który – tak to nazwijmy – jest jednym z potentatów na rynku odzyskiwania mieszkań. Andrzej Smosarski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów tak charakteryzował tego specjalistę od reprywatyzacji w wywiadzie dla „Nowego Obywatela”: „To człowiek, który wyciąga ręce po wiele budynków. Wszędzie tam, gdzie się pojawia, natychmiast następuje gwałtowny wzrost czynszów. Usiłuje opróżnić budynek z wieloletnich lokatorów, a następnie przekształca w miejsce najmu rynkowego lub wystawia mieszkania na sprzedaż. Pod jego »panowaniem« czynsz to już złotych nie setki, a tysiące”. O skali zaniedbań w sprawie Brzeskiej opowiadał mi niegdyś Maciej Łapski, szef organizacji Polska Społeczna:
„Na nadgarstkach Jolanty Brzeskiej były widoczne ślady po plastikowych kajdankach. A w jej mieszkaniu leżało rozmrożone do obiadu mięso i telefon, z którym nigdy się nie rozstawała. Tak jakby nagle została zabrana z domu. Policyjny pies na miejscu zbrodni jasno wskazywał na urywający się ślad w miejscu, w którym mógł zaparkować samochód. Wszystko wyraźnie wskazywało na morderstwo. Tymczasem śledztwo było prowadzone w kierunku samobójstwa”.
Warszawa do rozparcelowania
Od śmierci i umorzenia sprawy Jolanty Brzeskiej minęło już kilka lat. Tymczasem dzika reprywatyzacja trwa w Polsce w najlepsze (ze szczególnym wskazaniem na miasto Warsa i Sawy). Po jednej stronie są anonimowi wyrzucani z mieszkań ludzie – po drugiej pieniądze liczone w setkach milionów. Po czyjej stronie są ważni ludzie ze stolicy, na czele z prezydent Hanną Gronkiewicz-Waltz? To widać jak na dłoni. Ale władze Warszawy coraz częściej napotykają społeczny gniew i opór – coraz większej liczbie ludzi otwierają się oczy na skalę i patologię procesów reprywatyzacyjnych, jakie tam zachodzą. Prawdę mówiąc, tylko ślepy nie zauważyłby narastającej liczby medialnych przekazów wskazujących na to, że Warszawa zamieniła się w zasób do rozparcelowania, a tzw. interes publiczny nic nie znaczy wobec interesów, jakie można zbić na wyprzedaży miasta. I to niekiedy dość taniej wyprzedaży: tak buduje się w III RP dobrobyt nielicznych kosztem „szarej ludzkiej masy”.
Wciąż pojawiają się nowe wątki w kolejnych aferkach i aferach. Już tylko przy okazji działki na pl. Defilad Warszawa może stracić 160 mln zł – informuje o tym m.in. stowarzyszenie Miasto Jest Nasze. Teren przy ul. Emilii Plater trafił w ręce handlarza roszczeń. To najdroższa działka w Polsce! Jak się okazuje, urzędnik stołecznego ratusza, który podpisał decyzję o „zwrocie” działki, robi interesy z jej nowym właścicielem… w Zakopanem. Działka do 1945 r. należała do obywatela Danii. W 1953 r. obywatele Danii, których majątek znacjonalizowano w początkach Polski Ludowej, zostali spłaceni. Jednak, powołując się na dziwaczne ekspertyzy własnych prawników, ratusz postanowił oddać drogocenny teren, wbrew interpretacjom Naczelnego Sądu Administracyjnego i Trybunału Konstytucyjnego, które w ostatnich latach orzekały w podobnych sprawach. W czwartek (30 czerwca) Miasto Jest Nasze na zwołanej przy pl. Defilad konferencji prasowej domagało się poniesienia odpowiedzialności politycznej przez władze miasta (w tym przede wszystkim przez zastępcę prezydenta stolicy Jarosława Jóźwiaka) oraz poinformowało o złożeniu zawiadomienia do prokuratury w związku z niedopełnieniem obowiązków przez dyrektorów Biura Gospodarowania Nieruchomościami. „Protestujemy przeciwko uwłaszczeniu się garstki biznesmenów powiązanych z wysokimi urzędnikami warszawskiego ratusza na gigantycznym majątku publicznym” – działacze MJN nie mają wątpliwości, co jest grane w stolicy.
Jeden wielki szwindel
Szerszy kontekst, który wyżej naszkicowałem, pozwala lepiej zrozumieć fenomen stołecznej rabunkowej reprywatyzacji. Tak, naprawdę trzeba wyjaśnić, kto i na czyje zlecenie zabił Jolantę Brzeską. Trzeba wyjaśnić, czy decyzja o umorzeniu śledztwa naprawdę była merytoryczna. Nazwijmy rzecz po imieniu. Warszawa aż śmierdzi reprywatyzacyjnymi szwindlami. Przez lata III RP, w atmosferze haseł: „cześć twórcom polskiego kapitalizmu!”, „na pohybel frajerom i nieudacznikom!” model reprywatyzacji sprowadzono do jednego wielkiego szwindla. Sprawiedliwość, troska o prawa zwykłych ludzi przestały się liczyć. Miarą spraw uczyniono wielkie pieniądze. Ale tak funkcjonują państwa mafijne – te cywilizowane troszczą się o standardy życia społecznego.
Trzymam na biurku ulotkę z 1 marca 2016 r., kolportowaną wówczas przez Razem. Kilka zawartych tam zdań gorzko podsumowuje III RP: „Jola Brzeska pozostaje symbolem walki wszystkich tych, którzy przeciwko sobie mają szemrany biznes, układy i obojętne instytucje publiczne. Historia Joli pokazuje słabość polskiego państwa, które nie staje w obronie zwykłych obywateli nawet wtedy, gdy odbiera im się podstawowe prawo człowieka – prawo do dachu nad głową. Państwo polskie działa sprawnie tylko w interesie ludzi bogatych i wpływowych”. Możemy prowadzić uczone spory na temat tego, czy mieszkanie jest prawem, czy towarem, ale chyba nikt już nie zaprzeczy, że są w Warszawie ludzie władzy i pieniądza, którzy posunęli się zdecydowanie za daleko w sprawach okołoreprywatyzacyjnych. Tym cenniejszy jest list posłów Prawa i Sprawiedliwości do ministra Ziobry. Oby nie był to głos wołających na puszczy.