Rosja, człowiek i kino
Tegoroczna 13.
Artur Liebhart, szef przedsięwzięcia, jak co roku zadbał o to, żeby festiwal nie był tylko wydarzeniem stołecznym. Tegoroczna edycja odbywa się od 13 do 22 maja w Warszawie, Wrocławiu, Gdyni, Bydgoszczy. Festiwalowe perły i perełki można oglądać również w Podkowie Leśnej, Bemowskim Centrum Kultury, Służewskim Domu Kultury, Kinokawiarni Stacja Falenica. Ponadto w ramach projektu „Weekend z 13. Millennium Docs Against Gravity Film Festival” pokazy odbywają się w ponad dwudziestu miastach całej Polski, m.in. w Białymstoku, Ełku, Skierniewicach, Zamościu, Rzeszowie, Żywcu, Dąbrowie Górniczej, Lubiniu, Gorzowie Wielkopolskim.
Kultura wychodzi do ludzi
Zwracam uwagę właśnie na te ośrodki, ponieważ ich obecność na okołofestiwalowej mapie udowadnia, że można z pasją i sensownie udostępniać kulturę wysoką również poza metropoliami. Dodam, choć to truizm: nie brak tam chętnych, by pokazywać i oglądać najświetniejsze i często naprawdę wymagające kino dokumentalne. Fakt, że trzeba mówić o oczywistościach, to również przyczynek do dyskusji o tym, co zrobiono w Polsce z kulturą wysoką na prowincji.
Szacunek dla Artura Liebharta, że nie zamknął się ze swoim renomowanym i licznie nagradzanym przedsięwzięciem w stołecznym światku, że nie tylko pokazuje szeroko świat, ale też widzi go szerzej, wykracza znacznie poza warszawskie opłotki.
Festiwalowy przekaz dla widza najlepiej uwyraźnia przegląd zaproponowanych przez organizatorów sekcji. Jedna z nich to „Ludzie zamiast liczb”, w ramach której można zobaczyć zdecydowanie niewygodny dla mnie jako socjalisty/etatysty przejmujący obraz o „międzynarodowej pomocy” dla krajów ubogich, zatytułowany „Bieda. Sp. z o.o.” (reż. Michael Matheson Miller). Film ukazuje choćby mechanizmy, dzięki którym międzynarodowe NGO’sy świetnie żyją z cudzej biedy, i wprost obnaża hipokryzję „walczących z głodem” celebrytów pokroju Bono z U2. Obraz wskazuje również na patologiczne skutki zalewania lokalnych rynków krajów ubogich tanią zachodnią subwencjonowaną żywnością, co prowadzi do zaduszania lokalnej przedsiębiorczości albo czyni lokalną klasę polityczną równocześnie pasożytem względem własnego społeczeństwa i wasalem wielkich międzynarodowych instytucji finansowych.
Z Krymu do Leningradu
Nader interesująco przedstawia się blok tematyczny „Koniec ZSRR”, w ramach którego można zobaczyć m.in. najnowszy film Siergieja Łoźnicy, jednego z najważniejszych współcześnie rosyjskich reżyserów, zatytułowany „Zmiana”. Szczerze polecam również niesamowicie klimatyczny film dokumentalny „Broadway. Morze Czarne” w reżyserii Witalija Manskiego. To na poły egzystencjalna, na poły reportażowo-socjologiczna opowieść o corocznych wakacjach rosyjskich plebejuszy, którzy jeszcze przed aneksją ściągali tam wiedzeni nawykiem i sentymentem niekiedy przez całe postsowieckie imperium. Scena, w której pijany fotograf na przemian bije i tuli do serca swoją małpę żywicielkę, z którą chętnie fotografują się turystki, jest jedną z najbardziej poruszających scen dokumentalnych, jakie widziałem. Zmęczony życiem mężczyzna, który klnie i dziękuje małpie na oczach szydzących z niego ludzi – to scena jak z najlepszej rosyjskiej literatury. Uchwycenie takiego skrawka rzeczywistości, pokazanie go okiem kamery w nieledwie czysto esencjonalnej formie uświadamia niezwykłość i możliwości współczesnego kina dokumentalnego.
A skoro wyżej była mowa o filmie „Zmiana” Siergieja Łoźnicy. Reżyser swoją najnowszą produkcję w całości oparł na materiałach archiwalnych. Przenosimy się do Leningradu. Jest sierpień 1991 r. Pucz Janajewa, próba zatrzymania upadku sowieckiej Rosji wyzwala gniew tłumów. Kamery pokazują zdezinformowanych ludzi, którzy wyszarpują sobie z rąk ulotki, którzy chcą wiedzieć, co się właściwie dzieje. Mnożą się plotki o śmierci Gorbaczowa i Jelcyna. W kontrolowanej przez puczystów telewizji pokazują balet „Jezioro łabędzie”. Rozszerza się wieść o zabitych na ulicach Moskwy i w republikach nadbałtyckich.
Historia zatacza koło? Do ludzi wypełniających plac przed Pałacem Zimowym, symbolem rewolucji październikowej, przemawia Anatolij Sobczak, mer zbuntowanego miasta. Ludzie śpiewają pieśni Władimira Wysockiego i Wiktora Coja, lidera kultowej grupy Kino: „Z trybuny recytowane są wiersze, a sztandary z hasłami »precz z komunizmem« czy »faszyzm nie przejdzie« udowadniają, że była kiedyś szansa na inną, antytotalitarną Rosję, która miała swój majdan”.
Sowiet zmartwychwstaje
Mocnym dopełnieniem filmu dokumentalnego Łoźnicy jest artykuł Wiktora Jerofiejewa, gościa tegorocznego festiwalu, który kilka dni temu wziął udział w debacie po projekcji „Zmiany”. Rosyjski pisarz na łamach gazety-programu 13. edycji festiwalu opublikował mocny tekst pod wymownym i gorzkim tytułem „Wiecznie żywy”: „Kto powiedział, że Związek Radziecki umarł? On tylko udaje trupa – ale niektórzy w to uwierzyli. Dała się przekonać na przykład Europa. A ja nie. (…) Dzisiaj Związek Radziecki pachnie i rozkwita. W kraju rosną pomniki Stalina i nadchodzi kres lekkomyślnego wolnomyślicielstwa. Związek Radziecki jak obłąkany bobas pobrzękuje szabelką, straszy wszystkich dookoła, chce się wzmocnić kosztem sąsiadów, odzyskać to, co stracił. Trochę już się udało odzyskać. Na przykład Krym. Związek Radziecki nabiera sił przy aplauzie narodu”.
W nadchodzący weekend (21–22 maja) warto wybrać się na festiwal. Będzie można zobaczyć chociażby „Pod opieką wiecznego słońca”, kolejny z filmów Witalija Manskiego, tym razem poświęcony Korei Północnej. Polecam go szczerze wszystkim, którzy chcieliby zajrzeć pod podszewkę północnokoreańskiej zrealizowanej utopii. Gdyby w czasach potiomkinowskich wsi kręcono filmy dokumentalne, to powstałby właśnie taki materiał, swoista gra między autorem a propagandystami, którzy chcieli mu pokazać jedynie to, co słuszne. I choć Manskiemu zaoferowano do wglądu jedynie kłamstwa, to wydobył prawdę o komunistycznej autarkii, której mieszkańcy są pionkami wszechobecnej i wszystko kontrolującej społecznej inżynierii. Wielu osobom przypomni się pewnie w trakcie oglądania tego obrazu słynna „Defilada” Andrzeja Fidyka z 1989 r.
Istnieje to, co opisane. Ta stara filozoficzna hipoteza dobrze pasuje do rzeczywistości kina dokumentalnego. Tegoroczny Millennium Docs Against Gravity Film Festival rzuca światło w głąb ludzkiej rzeczywistości, postrzeganej zarówno jako mikro-, jak i makrokosmos. Pełne sale na wielu festiwalowych pokazach uświadamiają, że film dokumentalny stał się pełnoprawnym uczestnikiem świata kultury masowej, a pod wieloma względami bije na głowę kino fabularne: zarówno pod względem prawdy przedstawianego świata, jak i intensywności przeżyć, jakimi porusza.
Ze szczegółowym planem festiwalu można zapoznać się na stronie Docsag.pl.