Co komu z przeprosin starych głupców?
Najbardziej lubię zapach terapii szokowej o poranku – ta parafraza znanego powiedzenia o napalmie z „Jeźdźców Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli zdecydowanie kojarzy mi się z działalnością Les
Istnieje to, co opisane – opisane nikczemnie będzie nikczemnie pojmowane. Opisane z szacunkiem wobec trudnej prawdy – będzie traktowane z należytą uwagą. Te reguły w znacznej mierze dotyczą właśnie rzeczywistości Polski B, od zawsze traktowanej jako gorsza krewna sytej i zadowolonej z siebie Polski wielkomiejskich elit.
Polska wieś, szczególnie popegeerowska, w czasach transformacji nigdy nie miała dobrej prasy. Katalog skojarzeń na jej temat, który narzuciły wielkomiejskie elity (nierzadko niezależnie od ich usytuowania na ideologicznej matrycy), zawsze odwoływał się do roszczeniowości, wyuczonej bezradności czy licznych przypisywanych im patologii. Do tych patologii – oprócz rzekomego rozpicia – nierzadko zaliczano także wielodzietność ubogich wiejskich rodzin. Media masowego rażenia i część klasy politycznej oraz elit intelektualnych żywiły się tymi stereotypami również dlatego, że pozwalały im one zachować dobre samopoczucie i konsekwentnie uchylać się od współodpowiedzialności za los biednych i zapoznanych rejonów kraju.
Niewielu społeczników
Wyobrażenia społeczne w znacznej mierze kształtowane były i są przez nasycony pejoratywnym wartościowaniem przekaz, produkowany przez dekady III Rzeczypospolitej w odpowiednio wpływowych środowiskach pieniądza, władzy i zarządzania kulturą masową. W starciu z takim przeciwnikiem biedna wieś, czy szerzej – uboga prowincja, zawsze stała na przegranej pozycji. Tym bardziej że wśród elit III RP bardzo niewiele było społecznikowskiego etosu, który od zarania powstania polskiej inteligencji był – mimo wszystkich zastrzeżeń – jej naturalnym usposobieniem i narzędziem do przekształcania i opisywania polskiej rzeczywistości: zarówno czasu zaborów, jak i późniejszych. Na marginesie: w świecie czynnej polityki z pewnością człowiekiem tej zaprzeszłej formacji był premier Jan Olszewski, uczeń niegdysiejszych przyjaciół Edwarda Abramowskiego.
Przez pryzmat „Arizony”
Wróćmy do spraw recepcji popegeerowskiej wsi czy szerzej – gorszych obszarów naszego kraju. Całkiem niedawno w wywiadzie dla „Nowego Obywatela” dobrze rzecz uwyraźnił Artur Liebhart, twórca i dyrektor festiwalu Millennium Docs Against Gravity Film Festival. Pozwolę sobie na dłuższy cytat: „W 1997 r. ukazał się film dokumentalny Ewy Borzęckiej »Arizona«. To bardzo mocny film o końcu PGR-ów. Autorka weszła w tamten świat, ale nie spojrzała na niego szerzej. Pokazała widzom pijanych chłoporobotników, ale nie pokazała przyczyn ich demoralizacji i rozpaczy. Miała wielką szansę na zrobienie filmu wybitnego. Zrobiła film, który zdeterminował opis rzeczywistości. Mało kto od tamtej pory odważył się na pokazanie Polski-w-procesie: mam wrażenie, że przestraszyli się i twórcy, i potencjalni dysponenci środków finansowych. Owszem, mamy filmy o nędzy, pokazujące biedne podwórka, szpitalne historie schorowanych ludzi. To jednak są obrazy o wykluczonych, lecz nie o tym, dlaczego ludzie są wykluczeni”. W Polsce, właśnie w strefie normatywnych opisów, jest miejsce na klisze (klisza to również synonim stereotypu!), na efektowne nierzadko obrazki biedy, wykluczenia, zła społecznego – ale o wiele trudniej jest z analizą i syntezą procesów, które prowadzą do tego wszystkiego, co w III RP było i jest wstydliwe, gorsze, schowane przed oczyma szerokiej publiczności.
Młodzi a bieda
W świetle tego, co napisałem wyżej, tym bardziej należy docenić publikacje o zupełnie innym charakterze, merytoryczne i idące zdecydowanie pod prąd obyczajom elit III RP i nawykom myślowym sporej części społeczeństwa. Myślę o wydanej nie tak dawno książce socjologa Piotra Bindera „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”. Rzecz jest niesamowita – także dlatego, że autor w swoim badaniu wykracza poza dość typową u nas manierę porównywania realiów polskich z zachodnioeuropejskimi. Binder przeprowadził pionierskie badanie porównawcze procesów przemian radykalnych i fundamentalnych dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jak czytamy: „Możliwość porównania wzorów zmagania się z biedą dorastającej w okresie transformacji polskiej i rosyjskiej młodzieży wiejskiej wydawała się intrygująca, tym bardziej że badania tego typu nie były dotychczas prowadzone”. I rzeczywiście – książka intryguje. Chyba przede wszystkim tym, że autentycznie w jej wypadku brzmią słowa, iż „tylko prawda jest ciekawa”.
Binder w sposób systemowy pokazuje, jak pierwsze lata III RP zdeterminowały los regionów popegeerowskich. Zamiast opisu leniwych i roszczeniowych ludzi otrzymujemy analizę faktycznego stanu rzeczy z jego systemowymi/strukturalnymi ograniczeniami. Opisując społeczny wymiar przemian dawnego państwowego rolnictwa, przypomina chociażby, że w planach prywatyzacyjnych z początku lat 90. XX w. „specjaliści” od Leszka Balcerowicza (w większości ignoranci w tematyce wiejskiej) nie uwzględnili, że moment przekształceń własnościowych w Państwowych Gospodarstwach Rolnych zbiegał się z grupowymi zwolnieniami w innych sektorach związanych ze wsią i rolnictwem, leśnictwem oraz przetwórstwem. Całkiem spory kawałek rzeczywistości i bytu społecznego wielkiej rzeszy ludzi wysadzono w powietrze, nie krzycząc nawet ostrzegawczo: ratuj się, kto może!
Miasto poza zasięgiem
Do tego doszły inne poważne bariery i ograniczenia, którym zresztą sam jako nastolatek miałem okazję przyglądać się z bliska. W czym rzecz? „Sytuację pogarszała dodatkowo przestrzenna specyfika bezrobocia pegeerowskiego, związana z »fatalnym« położeniem większości pegeerowskich osiedli. Na ich drodze do zatrudnienia nie stała niechęć do pracy czy niezdolność dostosowania się do nowych warunków. Po prostu w miejscach zamieszkania tych ludzi nie było żadnych alternatywnych miejsc pracy, szczególnie poza rolnictwem. Ten dotkliwy dla lokalnych społeczności problem w dużej mierze bagatelizowano na poziomie państwa, spychając go na margines debaty publicznej” – stwierdza autor książki „Młodzi a bieda”.
Dodam jeszcze jedną rzecz: często wraz z upadkiem miejsc pracy (które zastępowało doraźne zarobkowanie – choćby zbieranie ślimaków czy sezonowe zbiórki owoców i warzyw) poważnie ograniczano komunikację publiczną, umożliwiającą kontakt wsi z miastem. Nie dość zatem, że miasto miało nagłą nadwyżkę własnych bezrobotnych (bo i tam masowo upadał przemysł), to dodatkowo utrudniano „nowy start” byłym chłoporobotnikom, po prostu ograniczając znacznie sensowną komunikację autobusową czy kolejową. Dziś każdy ma nawet „starego grata” – wówczas „stary grat” też był dobrem niemal luksusowym.
Dlaczego przypominam te stare sprawy? Ponieważ patrząc w kategoriach nieco dłuższego trwania, zdeterminowały one los nie tylko pokoleń urodzonych w latach 50. i 60. XX w., ale także tych późniejszych, które wchodząc w dorosłość, wiedziały już, że pozostanie na miejscu będzie się zwykle wiązało z brakiem perspektyw albo po prostu bieda-życiem. To także polska wieś popegeerowska była potężnym rezerwuarem dla kolejnych emigracyjnych fal w III RP: młodzi ludzie jak na zbawienie czekali na szansę legalnej pracy za granicą. To im dała terapia szokowa, którą i dziś niektórzy – także na liberalnej prawicy – wspominają z rzewną łezką w oku. A naprawdę jest sporo takich, którzy wcale nie chcieli wyjeżdżać z rodzinnych stron, którzy czuli się na swojej prowincji znacznie lepiej, bo po prostu u siebie. I to im zabrano w imię kilku dogmatów agresywnego liberalizmu, to im zabrano z całą arogancją nowobogackiej elity III RP, po części postkomunistycznego, po części postopozycyjnego chowu.
Od kilku lat różni mądrzy i wpływowi ludzie spośród wielkomiejskich elit przyznają, że „byli głupi”. Cóż, to miłe. Szkoda tylko, że i tak to inni dostali rachunek za ich niewybaczalną głupotę. Skruszonym natomiast przypada miłe ciepełko kajania się wśród gromkich braw i zachwytów nad ich solidnie spóźnioną cywilną odwagą.