Czekając na zmiany, dobre zmiany, dobre zmiany
Troska o życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci. Jestem za. Chciałbym się tylko upewnić, czy dobrze się rozumiemy.
W ciągu ostatnich kilkunastu dni przez Polskę przetoczyła się gorąca dyskusja i fala protestów związanych z ewentualnością zaostrzenia prawa (anty)aborcyjnego. Specjalistów od tego typu zagadnień od bardzo dawna jest mnóstwo. Trudniej za to od zawsze było o publicystykę mniej ekscytującą, za to opierającą się na statystykach społeczno-gospodarczych, taką, jaką czytelnicy „Gazety Polskiej Codziennie” znają choćby z felietonów Piotra Wójcika.
Jaka jest Polska?
Na bezpieczeństwo egzystencji ludzkiej w świecie, jaki znamy i każdego dnia poznajemy na własnej skórze, składa się mnóstwo przeróżnych czynników, od bardzo intymnych i czysto subiektywnych, po wielkie determinanty kultury, gospodarki, metamorfoz wzorców społecznych, dobrych lub złych decyzji instytucji, norm prawnych i obyczajowych. Ta kwestia ściśle wiąże się z pytaniem o współczesną Polskę: czy jest ona dobrym, czy złym miejscem do życia? A jeśli jest dobrym miejscem: to dla kogo i dlaczego? A jeśli złym: to z jakich powodów i w jaki sposób się to wyraża? To są równocześnie pytania etyczne, społeczne i polityczne. Ich wzajemne powiązania są fundamentalne, jeżeli wciąż pamiętać o klasycznych zagadnieniach związanych z dobrostanem polis. To pytania, które – mam nadzieję – zadają sobie wciąż co lepsi i mądrzejsi z polityków.
W Polsce, w jej wersji znanej nam jako III RP, która miała być tą wymarzoną i najlepszą spośród wszystkich dotychczas nam znanych, stało się coś smutnego. Otóż dyskusja etyczna, pytanie o jakość więzi społecznych i związanej z nią aksjologii została sprowadzona do bardzo wąsko wybranych zagadnień. Rozumiem ludzi, którzy toczą w tej sprawie spory. W jakiś sposób rozumiem i tych, którzy chcieliby etykę sprowadzić do kwestii związanych z prokreacją i sprawami obyczajowymi – to wiele ułatwia. Tylko że polskie życie społeczne, polityczne, gospodarcze wymagałoby postawienia również wielu innych pytań. Wiele z nich zadawano sobie w czasach pierwszej Solidarności, wiele zadawał sobie śp. senator Zbigniew Romaszewski, wiele z nich, zwykle niezależnie od siebie, często wciąż pada w dyskusjach młodszych i starszych pokoleń prawicy, lewicy, liberałów gospodarczych i obyczajowych – w tzw. niszach, z których czasem coś przebija do głównego nurtu debat publicznych.
Bogate dzieci idą osobno
O co są to pytania? Wiele z nich zawiera się między zagadnieniami tożsamości polskiej i globalnymi zależnościami. Istotne jednak są pytania o przyczyny niskiego poziomu wzajemnego zaufania między Polakami, niski kapitał społecznego zaangażowania, który sprawia, że rzeczywistość jest raczej zasobem do zagarnięcia i rozparcelowania niż przestrzenią wspólnej troski. To nie jest tak, że zaufanie społeczne bierze się znikąd – ono wymaga pewnych wspólnych odniesień, wyjścia naprzeciw tym, którzy nie są niemal we wszystkim do nas podobni. Jest to zaufanie, które sprawia, że jesteśmy w stanie podejmować drobne inicjatywy na mocno lokalnym poziomie, że nie łączą nas jedynie transakcje handlowe, a pieniądz nie jest jedynym pasem transmisyjnym dóbr. I mamy intuicyjną pewność, że nie pozabijamy się nawzajem z tymi, z którymi będziemy współdziałali. W bardzo wyidealizowanej wersji to jest znany z amerykańskiego kina obraz małomiasteczkowej wspólnoty na miejskim spotkaniu politycznym.
Jestem przekonany, że nie ma sprawnie działającej demokracji wielkich struktur kilkudziesięciomilionowego polis bez oddolnej inicjatywy obywatelskiej, nie ma sprawnych instytucji bez elementarnego zaufania do siebie nawzajem. Niestety, w Polsce wciąż panuje nieufność: moralność braku zaufania, ponieważ „obcy” (niezależnie czy urzędnik, pracownik, przedsiębiorca) to na pewno zawsze złodziej, oszust, kłamca. Zabija nas ta nieufność na poziomie mocno przedpolitycznym. Z pewnością będzie zabijała nas nadal, bo chyba bardzo wielu podmiotom życia politycznego, społecznego, gospodarczego świetnie żeruje się w tak mętnej wodzie. Szczególnie że urynkowienie i komercjalizacja rzeczywistości dodatkowo determinują procesy wyobcowania i podziałów. Do myślenia daje mi usłyszana niedawno opinia znajomego z dzieciństwa, z rodzinnych stron, że widzi, jak dzieci na wsi idą OSOBNO na szkolny przystanek autobusowy: osobno te lepiej ubrane, z lepszymi gadżetami, i osobno te uboższe, skromniej wyposażone przez swoich rodziców. To drobny przykład, ale jego logiką kierują się w Polsce całe struktury, instytucje, grupy wpływów, cała nasza podzielona rzeczywistość, tak się właśnie dzieje.
Tak się nie da w nieskończoność
W Polsce, w kontekście ochrony życia poczętego, dużo mówi się o etyce, o największej z bezbronności, o prawie do wolności, o prawie kobiety (i mężczyzny) do podjęcia decyzji. Niestety, mam wrażenie, że są to często rozmowy absolutnie „wsobne moralnie”. Wiele się mówi o moralności, a mniej o tym, w jakiej przestrzeni wszystkie te wybory się dokonują, czy jest to przestrzeń „etycznie bezpieczna”, czy po prostu totalny hazard we wzajemnych relacjach. Mało się mówi o tym, ile jesteśmy warci jako wspólnota polityczna, jakie państwo zbudowaliśmy i wciąż pozwalamy budować. Łatwo widzieć tylko odpowiedzialność polityków: ale to jest konglomerat czynników, który czyni życie w Polsce mniej lub bardziej ruletką dla bardzo, bardzo wielu. To, że Polki rodzą chętniej w krajach emigracji zarobkowej niż u siebie, też jest więcej niż wymowne.
To jest kwestia tego, jacy wobec siebie są ludzie: jako pracodawcy, pracownicy, urzędnicy, ustawodawcy, współpracownicy, sąsiedzi, współpasażerowie, współużytkownicy miejsc publicznych, wreszcie, nazywając rzecz po imieniu: małżonkowie, partnerzy, kochankowie. Ale znów – widać przede wszystkim wieszaki w dłoniach lewicy, a po drugiej stronie ludzi, którzy na ogół skrzętnie unikają pytań i odpowiedzi o społeczno-ekonomiczno-polityczny wymiar rozwiązań, które proponują. Tak się nie da w nieskończoność. Przepraszam – mylę się – tak się da w tę ludzką nieskończoność, którą nazywamy długim trwaniem państwa
/społeczeństwa. Długim, byle jakim trwaniem, uściślając.
Dywizje dorosłych niepełnosprawnych
Na koniec kilka uwag o konkretnym problemie, niejednokrotnie już przeze mnie poruszanym na łamach „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisałem o nim w czasach Platformy Obywatelskiej i obecnie też nie zamierzam przestać. Kilka dni temu na łamach portalu „Nowego Obywatela” Rafał Bakalarczyk opublikował artykuł „Bez »dobrej zmiany« dla opiekunów”. Przypomniał w nim, że duża część opiekunów (dorosłych) osób niepełnosprawnych przed niedawnymi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi poparła Prawo i Sprawiedliwość. I co z ich nadziejami?
Pozwolę sobie na dłuższy cytat z Bakalarczyka: „Opiekunowie przystąpili do szturmowania rządu zapytaniami, a wsparł ich Rzecznik Praw Obywatelskich, a także pojedynczy posłowie piszący interpelacje do resortu. Z korespondencji z ministerstwem płynął komunikat, że owszem, sprawa jest ważna, ale na razie priorytetem jest program 500+. Następnie pojawiła się informacja, że 8 stycznia powstał wewnątrzresortowy zespół ds. problemu niepełnosprawnych osób dorosłych, oraz że niebawem ma się odbyć spotkanie z przedstawicielami tego środowiska. Ostatecznie spotkanie odbyło się dopiero w połowie marca. Jeszcze tydzień przed nim wiceminister Stanisław Szwed w audycji radiowej przekonywał, że chociaż sprawa jest trudna, bo poprzednicy zbyt szeroko otworzyli furtkę świadczeń i na ten rok nie ma środków, ustawa będzie jeszcze w tym roku, a zmiany wejdą w życie prawdopodobnie na początku 2017 r. Dla ludzi niemających środków do życia te kilka miesięcy oczekiwania na zmiany, których kształtu jeszcze nie znamy, to nie jest różowa perspektywa. Realia jednak okazały się jeszcze bardziej ponure, niż wynikało to z powyższych zapowiedzi. Podczas spotkania przedstawiciele ministerstwa powtórzyli argument, że w 2017 r. nie będzie zmian, tłumacząc to faktem, że poprzednicy nie przeznaczyli na ten cel środków w budżecie. Co gorsza, nie zadeklarowano, czy, kiedy i w jakim kształcie rząd w ogóle zamierza rozwiązać ten problem i wykonać wyrok Trybunału Konstytucyjnego”.
Ile dywizji mają opiekunowie osób niepełnosprawnych? Zdaje się, że żadnej. Politycy trochę grają tak, jak to na nich wymuszają wyborcy. Kiedy rządziła Platforma Obywatelska, zawsze mogłem liczyć na życzliwe zainteresowanie krzywdą, jaka dzieje się opiekunom osób niepełnosprawnych pod rządami chłopców z ferajny premiera Tuska. Cóż, władza się zmieniła, łzy osamotnionych ludzi jednych już nie interesują, a drugich dopiero zaczęły interesować. I tak to się kręci. Trochę to przerażające. Co pozostaje? Chyba nieco naiwna wiara w dobrze znane słowa: „Kołaczcie, a otworzą wam”. Ale, przypomnę, chcemy życia także dla niepełnosprawnych dzieci. Jakiego życia? To ważne pytanie – właśnie do nas jako do wspólnoty, którą podobno wciąż jesteśmy także w sensie politycznym, czyli troski o polis.
Napisałem gorzki tekst. Nie ma jednak powodów, by kogokolwiek chronić przed prawdą, także tych, którzy specjalizują się w cudzej moralności – ale poza tym mocno wierzą w skrajny indywidualizm gospodarczego liberalizmu.