Bieda kontra wielodzietni
Społeczna mapa ubóstwa nie zmienia się w naszym kraju od lat – stwierdzają autorzy raportu „Ubóstwo w Polsce w latach 2013 i 2014”, sygnowanego przez Główny Urząd Statystyc
Wśród przyczyn rodzimego ubóstwa solidnie ugruntował się jeszcze jeden czynnik, nader istotny w kontekście dyskusji o programie Rodzina 500+. Jak podają twórcy dokumentu, „ważną determinantą ubóstwa jest skład gospodarstwa domowego – w tym przede wszystkim liczba dzieci. Wśród rodzin wielodzietnych obserwowane są znacznie wyższe wskaźniki ubóstwa niż wśród innych typów rodzin”. Informacja wiążąca większe ryzyko ubóstwa z „podwyższoną dzietnością” podawana jest przecież rokrocznie. Prawo i Sprawiedliwość jest pierwszą partią, która w kwestiach polityki społecznej i rodzinnej wyciągnęła z niej praktyczne wnioski. Ubogie rodziny wielodzietne z całą pewnością znajdą się wśród głównych beneficjentów programu Rodzina 500+. Wydobyłem z tabel zawartych w raporcie tylko kilka znamiennych danych dla 2014 r. Otóż poniżej progu granicy ubóstwa skrajnego (minimum egzystencji) żyło wówczas 2,3 proc. gospodarstw jednoosobowych, 1,8 proc. małżeństw bez dziecka na utrzymaniu, 2,7 proc. małżeństw z jednym dzieckiem, 4,5 proc. z dwójką dzieci. I nagle zaczyna się ilościowy skok! Aż 11,2 proc. małżeństw z trójką dzieci żyło w 2014 r. poniżej progu granicy ubóstwa skrajnego. Dla małżeństw z ponad czwórką dzieci to aż 26,9 proc.
Pogłębiona deprywacja materialna
Warto przypomnieć kilka szerszych, choć elementarnych danych z opublikowanych przez ekspertów badań. Aż 43 proc. naszego społeczeństwa żyje w sferze niedostatku, 26 proc. to osoby zagrożone ubóstwem lub wykluczeniem, 16 proc. Polek i Polaków funkcjonuje w warunkach ubóstwa relatywnego, a 12 proc. żyje w „pogłębionej deprywacji materialnej”. Smutną wyliczankę wieńczy przygnębiająca informacja: 7 proc. naszych rodaków żyje w skrajnym ubóstwie. Podobnie jak we wcześniejszych latach, zasięg ubóstwa skrajnego na polskiej wsi był w 2014 r. ponad dwukrotnie wyższy niż w miastach (sic!). W największym stopniu skrajne ubóstwo dotyka ludności woj. warmińsko-mazurskiego (prawie 15 proc.) oraz świętokrzyskiego (ok. 12 proc.): „są to województwa charakteryzujące się wysokimi stopami bezrobocia, dużym udziałem pracujących w sektorze rolnym oraz niskimi wynagrodzeniami w stosunku do przeciętnych w kraju”.
Dodajmy do tego, że ubóstwo relatywne to forma nadmiernego dystansu pomiędzy poziomem życia poszczególnych grup ludności. W takiej sytuacji mianem ubogich określa się te osoby i rodziny, których poziom życia jest znacznie niższy niż pozostałych członków danego społeczeństwa. To ważne, ponieważ nie tak rzadko uznaje się, że np. posiadanie nieco lepszego telefonu komórkowego przez osobę ubogą zaprzecza jej biedzie. Tymczasem w wypadku ubogich posiadanie gadżetów bywa substytutem wyższego statusu i możliwości awansu społecznego. I tak pozycja społeczna i edukacyjna ubogiego dziecka ze zdobycznym smartfonem jest wciąż realnie niższa względem jego rówieśnika z domu o wysokim kapitale kulturowym, społecznym i edukacyjnym – nawet jeśli w pewnym momencie posługują się tym samym modelem telefonu.
Klęska społeczna
Na marginesie: nasza sytuacja we współczesnym świecie jest silnie powiązana z globalnymi trendami kulturowo-ekonomicznymi. Kate Pickett i Richard Wilkinson w zbyt mało docenionej niestety książce „Duch równości. Tam gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej” wykazali na podstawie badań amerykańskich, jak bardzo pogłębione nierówności wyzwalają frustrację wśród grup gorzej sytuowanych, a przymuszanych do udziału w pogoni za sukcesem. Równocześnie „niemal wszystkie problemy występujące częściej w dole drabiny społecznej (m.in. zły stan zdrowia obywateli, wysoki poziom agresji) są powszechniejsze w społeczeństwach bardziej nierównych. To wywołuje coraz silniejsze obawy, że współczesne społeczeństwa, mimo dostatku materialnego, ponoszą klęskę w wymiarze społecznym”. Problem polega również na tym, że w skali globalnej gromadzenie coraz znaczniejszych kapitałów w rękach naprawdę wąskiej grupy właścicieli coraz szybciej zabija najsilniejszą niegdyś spośród wszelkich klas średnich – amerykańską klasę średnią.
Wróćmy na polskie podwórko. Z analizy danych dotyczących polskiego ubóstwa wynika, że ubogie gospodarstwa domowe znaczną część wydatków przeznaczają na zaspokojenie podstawowych potrzeb, związanych z elementarnym funkcjonowaniem psychosomatycznym. Nie jest to zaskakujące, ale warto widzieć to w kontekście danych porównawczych: podstawowe wydatki ubogich, czyli kwoty poświęcane na zakup żywności i napojów bezalkoholowych stanowiły w 2014 r. w gospodarstwach ubogich prawie 44 proc. ogółu wydatków, podczas gdy w gospodarstwach nieubogich było to ok. 24 proc.
Suche dane, realne problemy
Jakie to ma konsekwencje, szczególnie ważne w sytuacji, gdy w ubogim gospodarstwie domowym pozostaje większa liczba dzieci? Brzmi to naprawdę sucho, ale mówimy o ludzkich dramatach i problemach życiowych: gospodarstwa domowe żyjące poniżej minimum egzystencji przeznaczają znacznie mniejszą część swojego budżetu na takie wydatki, jak odzież i obuwie, eksploatacja prywatnych środków transportu, zdrowie oraz edukacja. Niedostatek przekłada się również na warunki mieszkaniowe: ubogie gospodarstwa domowe mają do dyspozycji znacznie mniejszą powierzchnią użytkową mieszkania na jedną osobę (19 mkw. wobec 28 mkw. w gospodarstwach nieubogich), a na jeden pokój przypada tam średnio większa liczba osób, niż w gospodarstwach domowych znajdujących się powyżej granicy ubóstwa. W tym kontekście trzeba przecież pamiętać także o warunkach, w jakich muszą uczyć się/odrabiać lekcje/wypoczywać dzieci z rodzin żyjących w biedzie.
Poziom zdobytej edukacji (czy ściślej – deficyt edukacyjny) jest bardzo mocno skorelowany z życiem w biedzie i z jej dziedziczeniem. Jak podają autorzy raportu GUS-u, jednym z najistotniejszych czynników różnicujących zasięg sfery niedostatku jest w Polsce wykształcenie. W 2014 r. w gospodarstwach domowych, których głowa gospodarstwa miała wykształcenie co najwyżej gimnazjalne, w sferze niedostatku żyło ok. 68 proc. osób, natomiast w gospodarstwach domowych, w których głowa gospodarstwa miała wykształcenie wyższe – jedynie ok. 16 proc.
Z raportu wynika jasno ważna sprawa: polska bieda to nie wynik „patologii” czy programowej chęci „łatwego życia na socjalnym wikcie” (zresztą osławiony rodzimy „wielki socjal” należy do najnędzniejszych w Unii Europejskiej). Bieda à la III Rzeczpospolita bardzo silnie wiąże się z liczbą posiadanych dzieci, bardzo niskimi zarobkami gorzej kwalifikowanej/wyedukowanej części społeczeństwa, długotrwałym brakiem elementów systemowej korekty, takich jak całościowe programy wsparcia rodziny, niezawinionymi wyzwaniami życiowymi, takimi jak choćby niepełnosprawność własna czy członka/członków rodziny. Równocześnie znaczny zasięg różnych form rodzimej biedy wskazuje, że mamy do czynienia z poważną dysfunkcją uniemożliwiającą bardziej równomierne bogacenie się społeczeństwa. A zamożna Polska będzie możliwa tylko wówczas, gdy zapanuje w kraju pogoda nie tylko dla bogatych.