Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
07.02.2016 10:50

Do sztambucha prawicowym liberałom

Dziś widać już wyraźnie, że rodzimy dobrobyt ma charakter wyspowy.

Dziś widać już wyraźnie, że rodzimy dobrobyt ma charakter wyspowy. Nawet jeśli wskaźniki makroekonomiczne „są po naszej stronie” (choć i w tej materii toczy się spór), to w ostatnich latach przynajmniej dla połowy wielomilionowego społeczeństwa nic albo niewiele z tego wynikało.

Główny Urząd Statystyczny opublikował właśnie raport zatytułowany „Ubóstwo w Polsce w latach 2013 i 2014”. Wynika z niego, że połowa Polaków nie ma możliwości pokrycia niespodziewanego wydatku, aż 43 proc. naszego społeczeństwa żyje w sferze niedostatku, 26 proc. to ludzie zagrożeni ubóstwem lub wykluczeniem, 16 proc. osób funkcjonuje w warunkach ubóstwa relatywnego, 12 proc. żyje w „pogłębionej deprywacji materialnej”, aż 7 proc. w ubóstwie skrajnym.Tymczasem słyszę w ostatnim czasie wśród prawicowych publicystów wypowiadaną z wielką dezynwolturą tezę, że „PiS jest przeciw bogatszym obywatelom”. Nie ma żadnych racjonalnych podstaw do tego przekonania. Obecny rząd nie jest „przeciw bogatszym obywatelom”. Obecny rząd jest za tym, żeby bogatszych obywateli było choć nieco więcej. Program Rodzina 500+ to impuls rozwojowy, z którego – dzięki jego szerokiemu zasięgowi – może skorzystać wiele rodzin.

Nie trzeba wcale kraść pierwszego miliona (ani pierwszego tysiąca) – sensowna polityka rodzinna jest o wiele lepszym pomysłem na stopniowe wejście na drogę akumulacji rodzinnego i społecznego kapitału. A tego w III RP potrzebujemy najbardziej – upowszechnienia ścieżek dobrobytu dla tych, którzy jak dotąd na polskim rozwoju skorzystać nie mogli, ze względu na jego liczne dysfunkcjonalności, związane choćby z „koleinami bezzatrudnieniowego wzrostu” i takimi „zabawnymi” przypadłościami, jak ciągły wzrost PKB (traktowanego jak fetysz nie tylko w polskiej ekonomii) przy coraz wyraźniejszym zastoju w sferze płac.

Nazwijcie rzecz po imieniu

Statystycznie z tłustymi kotami żyje nam się świetnie, choć nasze relacje z tymi osobnikami przypominają historię z songu Bułata Okudżawy o czarnym kocie, który „nie zamiauczy ani razu, tylko pije, tylko je i o schody ostrzy pazur, aż człowieka bierze dreszcz”. Kogoś może brzydzić słowo redystrybucja, ale banalna prawda jest taka, że to najbardziej cywilizowany mechanizm zmian korzystnych dla mniej zamożnych polskich rodzin. No chyba, że ktoś uważa, iż dla biednych pozostaje prostytucja, praca na śmieciówkach i na czarno, szybkie psychofizyczne wyniszczenie, emigracja zarobkowa. Jeśli tak jest, to wreszcie nazwijmy to po imieniu, zamiast marudzić, że „PiS nie ceni bogatszych Polaków”.

Chciałbym niektórym panom publicystom na prawicy przypomnieć, że to arogancja bardzo z siebie zadowolonej nowobogackiej, pro-PO-wskiej elity skutecznie obrzydziła znacznej części Polaków tamtą opcję polityczną. I lepiej w te buty, uszyte z nieco innej arogancji, nie wchodzić. Narzekanie bogatszych reprezentantów wielkomiejskiej elity (choćby i tej „propisowskiej”) na „roszczeniowych biedaków” i sprzyjających im „populistycznych polityków” obrzydła już dużej części naszych rodaków, którzy wiedzą, że ten system społeczno-gospodarczy, jaki nam dotąd proponowano, nie działa na ich korzyść.

Wyjść ze spirali długów

Jeżeli wśród uboższych Polaków dzięki 500+ część rodzin będzie miało szansę wyjść choćby ze spirali zależności od kredytów chwilówkowych (których funkcjonowaniu odpowiednie instytucje publiczne powinny wreszcie porządnie się przyjrzeć) to już będzie znaczny krok do przodu, ratujący ludzi od wielu zagrożeń społecznych i rodzinnych związanych z życiem w pogłębionym ubóstwie. A obecnie nierzadko jest tak – i to nie tylko na głębokiej prowincji – że na źle opłacanych pracownikach, rodzinach o tak częstym dziś niepełnym zatrudnieniu (a niekiedy z dwójką i większą liczbą dzieci) żerują lichwiarze i nieuczciwi pracodawcy. Kupowanie na zeszyt to wcale nie jest historyjka z zamierzchłych lat 90. XX w. To wciąż się dzieje, ale tego nie widać z warszawskich saloników, ani tych lewych, ani tych prawych.

Znam niejedną historię, w której ludzie, którzy nie chcą czekać kolejny miesiąc na wypłatę, słyszą: „to proszę za bramę zakładu”, albo żyją w cichej desperacji, bo są psychicznie stłamszeni poniewieraniem przez „panów szefów”. I wiem, kto żywi się na takich ludziach – mniej lub bardziej lokalne tłuste koty od lichwy. Jeżeli w tym kontekście np. 500+ jest „przeciw bogatszym”, to można powiedzieć tylko: nareszcie! Tak, to figura retoryczna. Oczywiście, trzeba też pamiętać, że nie zawsze osobiste i rodzinne bogactwo wiąże się z tak łajdackim podejściem do innych ludzi, jakie wyżej opisałem, a jakie się w Polsce niestety zdarza.

Mam wrażenie, że niektórzy zapomnieli już o tym, że w III RP od samych jej początków nie było żadnych równych szans na wejściu. I teraz z pozycji prawo-liberalnych bronią bogatych, bo są bogaci, nie zadając już wielu pytań naprawdę niewygodnych dla naszych transformacyjnych realiów. A najważniejsze z nich nie brzmi wcale: czy to prawda, że bogaci to zawsze są złodzieje? (Nie, nie są.) Najważniejsze brzmi: dlaczego w Polsce przez lata tworzono i podtrzymywano mechanizmy, które realny wzrost bogactwa gwarantowały naprawdę dość wąskiemu gronu ludzi funkcjonujących na przecięciu mniej lub bardziej lokalnych/centralnych ośrodków polityki i biznesu? Nie mówię tylko o postkomunistach, to byłoby zbyt proste.

Gadanie po próżnicy

To, co powiem, będzie gorzkie: rozumiem, że Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej” obwinia biednych za biedę w Polsce. Nie spodziewam się zbyt wiele po dinozaurach agorowej publicystyki. Ale gdy widzę arogancję i ignorancję, skierowaną przeciw biedniejszym Polakom, po stronie „patriotycznych publicystów”, ogarnia mnie zimna złość. Myślą państwo, że wasze liberalne, pokorwinistyczne hasełka powtarzane od czasów, gdy redaktor Rafał Ziemkiewicz był piękny i młody, coś jeszcze wyjaśniają z rodzimych realiów? Nie, niewiele już wyjaśniają i niczego albo bardzo niewiele są w stanie pomóc zmienić na lepsze.

Dramat polskich przemian polega w znacznej mierze na tym, że ani liberałom gospodarczym, ani socjaldemokratom zbyt długo nie udało się stworzyć żadnych mechanizmów służących wzbogaceniu tych, którzy utknęli na dolnych piętrach społeczno-ekonomicznego gmachu. Zbyt długo wierzono w wizję państwa jako nocnego stróża. I rzadko kto rozumiał, że temu stróżowi rozkradziono niemal wszystko, a on sam co najwyżej jest zdolny straszyć myszy (tak, nasze państwo świetnie sobie radzi ze ściganiem złodziei batoników w sklepie). Dopiero program Rodzina 500+ i dyskusje wokół niego stanowią impuls do szerszej refleksji nad rodzimą rzeczywistością i rolą państwa. Uważam przy tym, że projektowi stworzonemu przez gabinet Beaty Szydło przyda się krytyka, i pewnie czekają go korekty. Ale obecny rząd wreszcie miał odwagę postawić na duży projekt z zakresu polityki rodzinnej. Ostatecznie to obywatele ocenią, czy jest on dla nich przydatny. Ich głos jest znacznie ważniejszy niż opinie publicystów w warszawskich studiach telewizyjnych.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej