Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
27.01.2016 13:11

Czas docenić pracowników

„Oni naprawdę robią socjal, na to wygląda.

„Oni naprawdę robią socjal, na to wygląda. A specjaliści od »obrony demokracji« nadal myślą, że wygrają z nimi moralnym oburzeniem, zaklęciami o tolerancji, opornikami, »modernizacją« itd.” – napisał w serwisie społecznościowym jeden z moich zdecydowanie lewicowych znajomych, komentując informację, że rząd Prawa i Sprawiedliwości rusza z programem tanich mieszkań na wynajem. Czy ściślej – odniósł się w ten sposób do przynajmniej kilku informacji z ostatniego czasu, dotyczących wyraźnych prospołecznych kroków w polityce rządu.

Rzeczywiście, jakkolwiek środowiska prawicy bardzo nie lubią terminu „polityka socjalna”, to niezależnie od terminologii trzeba podkreślić, że ekipa premier Beaty Szydło mniej mówi o Polsce Solidarnej, ale więcej robi na jej rzecz.

Co ważne – a to zawsze dobrze pokazuje priorytety polityczne władzy – Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie tylko jest solidnie zapracowane ze względu na Program 500+, ale resort ten jest też mocno obecny w przekazie rządowym i medialnym. To dobry symptom. Zaznaczę jednak – mało mnie interesują etykiety i dookreślenie, czy dokonujące się zmiany są „lewicowe”, czy „prawicowe”. Sądzę, że nie ma to znaczenia również dla dużej części Polaków, szczególnie tych uboższych i na co dzień zmuszonych do borykania się z realiami naszego rynku pracy, niedowładem instytucji publicznych; zmuszonych do radzenia sobie z licznymi problemami, jakie stwarza nasza rzeczywistość dla szerokiej już grupy pracujących ubogich itp.

Stawki idą w dół

Kilka dni temu podniósł się szum związany z informacjami dotyczącymi zmian w ustawie o pensji minimalnej. Rząd chce, by pracujący na umowę zlecenie nie mogli zarabiać mniej niż 12 zł na godzinę (godzinowa stawka minimalna). To wcale nie jest horrendalnie wysoka stawka – problem polega na tym, że w Polsce od lat już stawki idą ostro w dół, szczególnie w ramach umów cywilnoprawnych, z których znaczna część w pełni zasługuje na określenie „umowy śmieciowe”. Wymowne jest ministerialne uzasadnienie tego projektu: „Dochodzi do sytuacji, w których osoba wykonująca pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej ma ustaloną stawkę godzinową na poziomie znacznie niższym od minimalnego wynagrodzenia, przysługującego za pracę w ramach stosunku pracy. Umowy cywilnoprawne często zastępują stosunek pracy, stając się praktyką mającą na celu obniżenie kosztów zatrudnienia”.

Jak pisałem, z miejsca podniósł się zwyczajowy szum, z „argumentami” pod tytułem „gospodarka upadnie”. Lapidarnie i rzeczowo na tego typu formy szantażu odpowiedział związany z Klubem Jagiellońskim redaktor Piotr Wójcik. Zwrócił uwagę, że godzinowa płaca minimalna to „nie jakaś łaska”, lecz rozwiązanie niezbędne, by wreszcie w naszym kraju zaczęto przestrzegać przepisów o pensji minimalnej. Pensji, która w Polsce oficjalnie niby nie jest wcale niska, tylko że jest masowo omijana umowami śmieciowymi na godziny. Wójcik stwierdza mocno, że firmy, które mogłaby zarżnąć 12-złotowa godzinowa płaca minimalna, w ogóle nie powinny powstać, a „miejsca pracy”, które tworzą, to żadne miejsca pracy, gdyż i tak musimy do nich dopłacać w formie świadczeń społecznych dla pracujących ubogich. „Na ekstremalnie niskich płacach korzystają niektórzy przedsiębiorcy, osiągając wyższą rentowność, a zrzuca się na nie całe społeczeństwo, chociażby wypłacając ubogim pracującym pomoc społeczną albo zapewniając im ochronę zdrowia, na którą sami mogą przekazywać jedynie minimalne lub zerowe wręcz składki. W istocie, jeśli ktoś zgrywa biznesmena, płacąc 6 zł za godzinę, to osiąga zyski, żerując na całym społeczeństwie” – uważa ekspert.

Sukces na wodzie pisany

Na tym właśnie polega „tajemnica sukcesu” jakiejś części rachitycznej i mało innowacyjnej polskiej gospodarki. Znaczna część polskich pracowników dobrze zna ten typ prezesów, którzy korzystając z fatalnej sytuacji na rodzimym rynku pracy, nie tylko na tzw. głębokiej prowincji, bo dotyczy to i większych miast oraz metropolii, po prostu żyją z wyzysku. A wcale nie tak rzadko „prezesi” miesiącami nie wypłacają nawet tych głodowych stawek swoim pracownikom.

Czas głośno powiedzieć, że takie rzeczy dzieją się również w państwowych instytucjach, korzystających z różnych form outsourcingu, choćby w kwestiach sprzątania gmachów publicznych itp. A to już absolutna kpina z państwa. Tak, to zjawisko rozpleniło się w instytucjach publicznych za rządów Platformy Obywatelskiej, za którą tak dziś płaczą „demokraci”. W tej kwestii obecne MRPiPS podjęło na szczęście stosowne kroki: przedsiębiorcy starający się o publiczne kontrakty będą musieli zatrudniać pracowników na umowach o pracę. Cytuję za portalem internetowym „Nowego Obywatela”: „Przygotowywane zmiany będą dotyczyć kilkuset tysięcy pracowników firm budowlanych, ochroniarskich czy sprzątających, skończą się więc czasy, gdy np. ochroniarze pilnujący sądów mieli stawki godzinowe o śmiesznej wysokości 3 czy 4 zł. Na nowych zasadach trzeba będzie zatrudnić więcej osób i wszystkim dać co najmniej minimalne wynagrodzenie (obecnie 1850 zł miesięcznie). Na etacie nie można bowiem pracować więcej niż średnio osiem godzin dziennie i 40 tygodniowo”.

Liberalizm produkuje socjal 

Tak, uważam, że to jest świetna zmiana. I to nie tylko dla tych pracowników. Nareszcie istnieje szansa na pobudzenie elementarnego popytu wewnętrznego na lokalnych rynkach. Jak dotąd, wraz z coraz potężniejszym przepływem zysków ku górze drabiny społeczno-ekonomicznej, znacząca poprawa sytuacji finansowej sporej części pracujących Polaków nie była możliwa. A to wciąż i wciąż podnosiło ich barierę konsumpcyjną. I czyniło klientami ośrodków pomocy społecznej. Tak realny liberalizm produkuje w Polsce biedę i „socjal” – gdyż dla nie tak rzadkiej grupy naszych biznesmenów bardzo szybki zysk kosztem własnych pracowników stanowił jedyną „strategię rozwoju”.

Przypomnę pokrótce kilka konkluzji z niedawnego raportu Głównego Urzędu Statystycznego pt. „Jakość życia w Polsce”, dotyczącego lat 2014 i 2015: prawie połowa gospodarstw domowych nie jest w stanie pokryć nieoczekiwanego wydatku w wysokości 1 tys. zł, 8,5 proc. ma zaległości w opłatach, 7,4 proc. jest zagrożonych ubóstwem skrajnym, a 5,4 proc. brakuje pieniędzy na żywność. Zwracam uwagę, że przedstawiam twarde dane, a nie subiektywne informacje dotyczące odczuć badanych. Nic też dziwnego, że MRPiPS ma naprawdę co robić… I mało zaskakuje, że spora część społeczeństwa miała dość dobrych rad pod tytułem: „zmienić pracę i wziąć kredyt”.

A w tym samym czasie, na naszych oczach, „demokraci” donoszą na obecny rząd zachodnim mediom. Sądzę, że każdy sam może sobie dośpiewać jasną puentę.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej