Emigracja, demografia i pieniądze
Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego opublikował właśnie wyniki badań dotyczących skali emigracji w III Rzeczypospolitej.
Instytut Statystyki, w odróżnieniu od GUS u, nie przyjmował kryterium dotyczącego dłuższego niż trzymiesięczny pobyt za granicą. Pokazuje to, o czym rzadziej się mówi, że część polskiej emigracji wciąż ma charakter cyrkulacyjny: dana osoba wyjeżdża, wraca po jakimś czasie na krótko, choćby po to, żeby podtrzymywać relacje rodzinne, i znów wyjeżdża. Często dopiero po jakimś czasie takie próby ułożenia sobie życia osobistego czy rodzinnego przekształcają się w decyzję o stałym osiedleniu za granicą. Dla Kościoła, i nie tylko dla niego, to ważne informacje, gdyż pokazują, jak zwiększa się liczba rodzin niepełnych, jak rośnie liczba dzieci wychowywanych przez jednego z rodziców. A to ma kolejne konsekwencje społeczne. Dr Sylwia Urbańska, autorka świetnej pracy „Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010”, zwraca uwagę na fakt, że zwiększona fala emigracji może mieć zdecydowany wpływ na wzrost liczby rozwodów w Polsce – przybyło ich znacznie po naszej akcesji do Unii Europejskiej, gdy ze względu na stopniowe otwarcie rynków pracy na Zachodzie emigracja stała się dla Polek i Polaków o wiele łatwiejszym i bardziej dostępnym wyborem.
W medialnych komentarzach na temat informacji o skali polskiej emigracji zirytował mnie zwyczajowy ton łatwego pocieszania się. Domorośli specjaliści od rzeczywistości chętnie przypominają w takich sytuacjach, że emigracja zmniejsza skalę bezrobocia w Polsce i „przybywa ofert pracy na rynku”. Oczywiście, to działa na krótką metę – na coraz krótszą. Wydawałoby się, że to już dla wszystkich oczywiste – a jednak komentarze medialne wciąż rażą tym samym bezmyślnym hurraoptymizmem okołoemigracyjnym, z jakim mieliśmy do czynienia dekadę temu.
Państwo się starzeje
Pierwszy, największy problem z tak znaczną emigracją to rzecz jasna demografia. Niż demograficzny to problem dla przyszłości złożonej struktury społeczno-ekonomicznej, to także wielkie wyzwanie polityczne. Starzejące się społeczeństwo to de facto starzejące się państwo i coraz to nowe wyzwania ekonomiczne, instytucjonalne i logistyczne, potrzebne, by zamortyzować wszelkie negatywne konsekwencje procesów związanych z gwałtownym ubywaniem ludzi w wieku produkcyjnym. Za dwie, trzy dekady będzie to już mocno odczuwalne. I niekoniecznie z tym sobie poradzimy, przyzwalając na większą imigrację zarobkową z Ukrainy.
Druga sprawa to drenaż kapitału społecznego. Ludzie, którzy wyjeżdżają z Polski, nie tylko wypracowują majątek na rzecz innych państw, wzbogacają swoją pracą i konsumpcją dóbr lokalne rynki (u nas te lokalne rynki, szczególnie na prowincji, są z reguły w dość kiepskimi stanie; banki i apteki, sieciowe spożywczaki, stosunkowo mało jest typowego lokalnego biznesu – tak często wyglądają ulice prowincjonalnych miasteczek). Polacy, którzy wędrują za granicę, zasilają tamtejsze rynki swoją pracą, kreatywnością, przedsiębiorczością, bardziej złożonymi, ale także elementarnymi umiejętnościami zawodowymi. Powiem rzecz banalną: współtworzą też często życie lokalnych społeczności właśnie tam, za granicą. W ostateczności asymilują się, zakładają za granicą rodziny, nierzadko już z partnerami cudzoziemcami, co potencjalnie sprawia, że ich dzieci stracą kontakt z Polską. Nawet jeśli część emigrantów zachowuje związki z ojczyzną, to niewielkie są szanse, że powrócą tutaj na stałe, choćby po to, by zaopiekować się starszymi rodzicami. Raczej ściągną ich do siebie albo będą im opłacali – co już jest coraz popularniejsze w Polsce – pobyt w domach spokojnej starości.
Praca tymczasowa, czyli nijaka
Ze zdumieniem zaobserwowałem również, że ekspertami do spraw polskiej emigracji stają się ludzie z agencji pracy, skarżący się, że coraz trudniej znaleźć pracownika. Cóż, wcale mnie to nie dziwi – tylko desperacja i brak perspektyw, w tym czasowej lub stałej możliwości migracji, wymusza na pracownikach korzystanie z jednej z największych plag polskiej gospodarki, czyli agencji pracy tymczasowej. Jak podawał niedawno portal Nowy Obywatel: „W Polsce rynek agencji pracy tymczasowej rozwija się najszybciej w Europie. By otworzyć własną, wystarczy 200 zł i komputer. W efekcie co roku ok. 1 tys. agencji upada, nie regulując zobowiązań wobec pracowników. W samym tylko 2014 r. rynek pracy tymczasowej urósł o kolejne 25 proc.: już niemal 1 mln osób pracowało wtedy poprzez agencje. W trzecim kwartale br. – ponad 350 tys. osób”.
Model zatrudnienia via tego typu instytucje sprzyja w Polsce wzrastaniu niepewności zatrudnienia, utrzymywaniu niskich płac. Jak wynika z danych Państwowej Inspekcji Pracy, dotyczących 2015 r., w ponad połowie z 400 kontrolowanych agencji pracy tymczasowej stwierdzono nieprawidłowości, najczęściej dotyczące niewypłacania pracownikom pensji. Agencje nie poprzestają na tym – często, korzystając z kruczków prawnych, starają się jak najdłużej utrzymać pracownika na „śmieciowym zatrudnieniu”, bo to im się opłaca.
Polak tak „elastyczny”, że woli wyjechać
Wiara w dogmaty o elastyczności pracownika doprowadziły do tego, że ludzie rozsądni, widząc, co się dzieje, „dziękują za uwagę”. Dlaczego mają w Polsce harować za grosze, bez pewności zatrudnienia, i to jeszcze licząc się z tym, że ktoś ich okradnie z i tak marnych pieniędzy? Wędrują za chlebem do państw – w których wciąż oferuje się bardziej cywilizowane warunki pracy i płacy, nawet za pośrednictwem tamtejszych agencji pracy tymczasowej – niemogących sobie pozwolić na takie kanty względem pracownika, jakie często uchodzą na sucho w naszym kraju.
Do myślenia daje również badanie „Jakość życia w Polsce. Edycja 2015”, przeprowadzone przez GUS. Wynika z niego, że w minionym roku w 5,4 proc. gospodarstw domowych brakowało pieniędzy na jedzenie, a niemal 38 proc. nie stać było choć na tydzień wakacji. Dodajmy, że w 2014 r. na poziomie minimum egzystencji (wydatki ok. 6,5 tys. zł rocznie) żyło w Polsce 7,4 proc. osób. Wyjaśnię: minimum egzystencji uwzględnia tylko te potrzeby, których zaspokojenie nie może być odłożone w czasie, a ich niższa konsumpcja prowadzi do biologicznego wyniszczenia. Do myślenia daje również fakt, że w 2014 r. dochód rozporządzalny w gospodarstwie domowym wynosił średnio 1712 zł. To kolejna z prostych informacji, która wiele mówi o przyczynach rodzimej emigracji.
Przypomnę, że wszystkie te dane dotyczą czasów, w których dwa rządy Platformy Obywatelskiej, TVP, TVN, Polsat, kilka dużych redakcji gazet oraz część mediów internetowych chętnie nazywały nasz kraj „zieloną wyspą”. Wmawiano nam, że rodzima gospodarka bezpiecznie przeszła przez kryzys. Cóż, gospodarka może i tak, jeśli traktować ją jako kilka dość wybiórczo wybranych danych, np. dotyczących PKB. Tyle że społeczeństwo to nie abstrakcyjne liczby, to ludzie, którzy na własnej skórze doświadczają licznych dysproporcji i niedogodności życiowych, jakie zrodził nasz model rozwojowy, stąd wciąż rosnąca liczba Polaków na emigracji. Można powiedzieć, że wielu naszych rodaków zagłosowało nogami przeciw propagandzie sukcesu, zanim jeszcze Platforma przegrała wybory. Jeszcze jedno: wbrew temu, co mówi opozycja, program wsparcia rodziny przygotowywany przez rząd Beaty Szydło to zdecydowanie nie jest kupowanie Polaków. To raczej próba zatrzymania ich w domu. W domu, czyli w Polsce.