Głos kobiet. Historie pierwszej Solidarności
Solidarność kobiet – coraz częściej w rodzimych rozmowach o najnowszej historii pojawiają się wątki dotyczące zaangażowania Polek w działalność opozycyjną w czasach PRL-u.
Znaczny wpływ na rozbudzenie dyskusji o roli zapomnianych kobiet Solidarności miały monumentalna praca Sławomira Cenckiewicza „Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929–2010)”, a także kontrowersyjny, a w ostatnim czasie – oglądany życzliwie przez bardzo różne środowiska film dokumentalny „Solidarność według kobiet” Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego.
Mamy kolejną znakomitą okazję, by wsłuchać się w głos bohaterek pierwszej Solidarności. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, staraniem Leszka Jaranowskiego, krakowskiego wydawcy, niegdysiejszego opozycjonisty, ukazała się książka „Kobiety Małopolskiej Solidarności”. Jest to zbiór obszernych wywiadów przeprowadzonych przez Magdalenę Maliszewską i Berenikę Rewicką z kilkunastoma dawnymi opozycjonistkami i mężem jednej ze zmarłych już działaczek pierwszej Solidarności. Rzecz wydano nakładem Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Represjonowanych w Specjalnych Obozach Wojskowych w latach 1982–1983.
Ocalić od zapomnienia
Skąd pomysł na publikację? Wiele wyjaśniają słowa autorek: „Minęły już 33 lata od wprowadzenia stanu wojennego. Wielu bohaterów tamtych dni nie ma już między nami, a w każdej chwili mogą odejść następni. Kilka razy w roku, właściwie prawie co miesiąc, dochodzą do nas informacje, które w pierwszej chwili wydają się być pomyłką, a okazują się boleśnie prawdziwe. Kolejna osoba odeszła na zawsze, budząc to samo gorzkie zdziwienie i poczucie winy: »przecież to niemożliwe, to jeszcze nie jej czas, przecież miałam się z nią zobaczyć, przecież miałam ją zapytać o tyle rzeczy«. O ile udział mężczyzn w tamtych wydarzeniach i ich zaangażowanie w podziemną działalność i niezależny ruch wydawniczy jest już stosunkowo dobrze opracowany, o tyle udział kobiet, ich motywacje do podziemnej działalności, przeżycia z tamtego okresu, dylematy, dalsze losy wciąż jeszcze czekają na opisanie”. Maliszewska i Rewicka wykonały solidną pracę. Postarały się, by wśród ich rozmówczyń znalazły się kobiety nie tylko powszechnie rozpoznawalne w byłych opozycyjnych środowiskach, ale też działaczki z drugiego szeregu. Co więcej, skupiły się nie tylko na krakowskim podwórku, ale też dotarły do osób spoza stolicy Małopolski, tam gdzie „również istniały i nieraz bardzo prężnie działały podziemne struktury, które często w ogóle nie zostały opisane i są zapomniane”.
Dla młodszych pokoleń Polaków historia pierwszej Solidarności jest i bliska, i daleka: wciąż niezbyt odległa, ale niedostępna już poprzez własne, bezpośrednie doświadczenie współuczestnictwa. Bywa, że niektórych nuży swoją „pomnikowością”. Dla innych to z kolei „dzieje grzechu”: dzieje zdrady przyjaciół, współpracowników i ideałów, dzieje agenturalnych zależności, dzieje pisane rozczarowaniami. Ale historia pierwszej Solidarności, czy w tym wypadku: dzieje kobiet pierwszej Solidarności wykraczają poza te dwie chętnie przywoływane w publicznych dyskusjach skrajności. Owszem, nie są to łatwe historie, pełno w nich na przemian dobrych, złych, radosnych, gorzkich przemyśleń i emocji, ale są to opowieści prawdziwe, szczere, bogate w szczegóły, które wreszcie udało się zapisać, ocalić od zapomnienia. To sprawia, że czytelnik – choćby z mojego pokolenia, z końca lat 70. XX w. – zyskuje szerszą perspektywę, a niekiedy trudno mu uciec przed wzruszeniem. Poza tym to kobiece, empatyczne, ale równocześnie bardzo zdroworozsądkowe i przyziemne rozmowy o realiach „solidarnościowej konspiry”, prozie życia w PRL-u, relacjach międzyludzkich.
Cena współuczestnictwa
Na kartach pracy „Być jak narodowy sztandar. Kobiety i Solidarność” jej autorka Ewa Kondratowicz wspomina: „stan wojenny był dla nas prawdziwym ciosem (…). Powstałą w nas wyrwę leczyliśmy, na przemian, modlitwami i alkoholem”. To nie są obrazoburcze słowa, to zdanie oddające realia tamtych czasów, wiele z tych krzywd i nadziei, które odkładały się zmarszczkami na twarzach mężczyzn i kobiet współtworzących pierwszą Solidarność. Cena współuczestnictwa w opozycji bywała różna, nierzadko płacili ją najbliżsi. Ewa Andrzejewska, zaangażowana w działalność nowosądeckiej „S”, autorka i drukarz ulotek, plakatów, kolporterka wydawnictw niezależnych, wspomina na kartach „Kobiet Małopolskiej Solidarności” metody Służby Bezpieczeństwa: „Mój mąż dużo więcej robił, ale – jak sami mi powiedzieli: »My pani męża nie aresztujemy, bo zaraz Wolna Europa rozdmucha, że się mścimy, że bohater, męczennik, ojca mu zabili…«. Oni byli świetnymi psychologami i doskonale wiedzieli, że lepiej uderzą w mojego męża, jak mu zabiorą żonę. No i faktycznie to uderzenie było celne. Mój mąż bardzo to przeżył i podejrzewam, że pierwszy zawał, taki ukryty, miał właśnie w tym czasie”. Ten „drobiazg” pokazuje „ekstra cenę”, jaką ludzie płacili za wyjście poza krąg bierności. Odpowiednie służby wiedziały, jak nakręcać spiralę cierpienia. Naturalne więzi z najbliższymi, ryzyko krzywdy, jaka mogła w każdej chwili stać się ich udziałem, były świetnym instrumentem do tego, by spotęgować poczucie strachu wśród ludzi zaangażowanych w opozycję. Wiele kobiet płaciło właśnie za to, że ze strażniczek domowego ogniska, dziewczyn, żon, matek zamieniały się w solidarnościowe bojowniczki. Czy mówiąc ściślej: że nierzadko starały się sprostać obu tym zobowiązaniom – rodzinnym i obywatelskim.
Milczące bohaterki
Kobiety pierwszej Solidarności często przez lata III RP milczały o swojej historii. To paradoks – mogłoby się wydawać, że akurat one mają pełne prawo głosu w nowych, pookrągłostołowych realiach. Wszak przemiana ustrojowa, transformacja społeczno-gospodarcza była w znacznej mierze także dziełem istotnych środowisk „S”. A przecież – milczały długie lata. Dlaczego? Rzecz nie tylko w tym, że głównonurtową historię Solidarności oddano niemal w całości Lechowi Wałęsie, że po nastaniu III RP nie było już czasu na celebrację wspomnień, bo trzeba było zmierzyć się z nowymi, rynkowymi wyzwaniami. Nie chodzi nawet o to, że zrobiono z dziejów pierwszej Solidarności niemal wyłącznie okazję do okolicznościowych wspominków, często bardzo patetycznych, ale niezbyt odnoszących się do dzisiejszych realiów. Rzecz w tym, że młodsze pokolenia Polaków, po części przymuszone do coraz ostrzejszej konkurencji o pracę i środki do życia, przysposabiane do życia w kulturze niepamięci, w polityce antyhistorycznej, często nie miały ochoty obrócić się za siebie, zapytać ludzi z pokolenia swoich rodziców: dlaczego się wówczas zaangażowaliście? Co tak naprawdę zyskaliście, co straciliście? Czy warto było? Jak wam dziś w życiu z tym wszystkim, co dźwigacie w sobie?
Elżbieta Zięba, nauczycielka, działaczka pierwszej Solidarności, opowiada Maliszewskiej i Rewickiej o pierwszym Bożym Narodzeniu w stanie wojennym: „Ta pierwsza wigilia była zupełnie inna niż wszystkie wcześniej i wszystkie potem. Później się jakoś człowiek oswoił, ale pierwsza była trudna. Niczego przecież nie było, a jakoś trzeba było zabezpieczyć te święta. Ludzie potrzebowali pomocy i trzeba było się zaangażować. To była taka smutna wigilia. Zaświeciło się świece w oknach, aby w taki sposób solidaryzować się z ludźmi. W następnych latach też zapalaliśmy świece w oknach. Modliliśmy się tą kolędą i razem z dziećmi śpiewaliśmy:
»Pociesz Jezu kraj płaczący/Zasiej w sercach prawdy ziarno/
Siłę swoją daj walczącym/Pobłogosław „Solidarność”/
Więźniom wszystkim daj wytrwanie/Pieczę miej nad rodzinami/
A słowo stało się ciałem/I mieszkało między nami«”.
Przy świątecznych stołach przeżywa się dziś inne radości i strapienia. Polki i Polacy w 2015 r. doświadczają innych nadziei i zmartwień niż kobiety i mężczyźni pierwszej Solidarności w grudniu 1981 r. Ale czy nie powinniśmy wciąż pamiętać o Solidarności?