„Krul” na Krymie
Janusz Korwin-Mikke po (kolejnych) przegranych wyborach (w których okazało się, że poparcie ma głównie w gimnazjach) postanowił poświęcić się wojażom.
Cóż takiego zobaczył na okupowanym przez Rosję półwyspie? Relacja „Krula” to opowieść o uśmiechniętych, rozradowanych rosyjską władzą mieszkańcach Krymu i o obawach przed krwiożerczymi Ukraińcami. Zapewne nasłuchał się „Krul” także o zgniliźnie Zachodu i wszechobecnych agentach, czyhających na spokojnych prorosyjskich mieszkańców Krymu. Takich agentów jak Mustafa Dżemilew, przywódca Tatarów krymskich, który ma czelność twierdzić, że dzisiejszy Krym to „porwania, zabójstwa młodych ludzi, przymusowa mobilizacja do rosyjskiego wojska i próby wysyłania Tatarów na wojnę przeciwko Ukrainie, brak jakichkolwiek swobód demokratycznych i perspektyw”. Korwin-Mikke zobaczył mniej więcej tyle, ile dziennikarze i politycy z Europy Zachodniej wizytujący na zaproszenie Stalina sowiecką Ukrainę w okresie wielkiego głodu w latach 1932–1933. Tylko czy opłacono go równie sowicie?