Dekompozycja
Są takie momenty w procesach historycznych, kiedy kropla przelewa kielich i do wyboru pozostają już wyłącznie rozwiązania złe i gorsze.
Jak na razie sprawdza się scenariusz nakreślony w wierszyku do „Codziennej” o japońskim dominie. Upadek klocka o nazwie Komorowski nieuchronnie pociągnął następne. W obozie władzy nastąpiło rozprężenie i panika, a Naczelnej Histeryczce III RP najzwyczajniej puściły nerwy. I mamy powtórkę z dekompozycji, znaną ze schyłkowego okresu AWS-u i SLD. Kryzys przywództwa, niezborne, sprzeczne ze sobą działania, w dodatku zawsze spóźnione, coraz bardziej widoczną walkę frakcji, próby ratowania się na własną rękę za pomocą nowych (lub udających nowe) bytów politycznych, dymisje w ekipie władzy. Twierdzę, że czeka nas niedługo upadek pani premier, potem (lub przedtem) zdrada koalicjanta, pęknięcie „partii władzy” i jesienny wielki łomot. A wcześniej, i to dla rządzących będzie najcięższe, pojawi się utrata wiary w sukces wśród najtwardszego elektoratu.
Czy można odwrócić ten bieg zdarzeń? Cóż, możliwość „bratniej pomocy” wyklucza ciągle walcząca Ukraina, a i Siemoniaka trudno wyobrazić sobie w ciemnych okularach.
PO faktycznie dość długo nie miała z kim przegrać – teraz może się zdarzyć, że nie przystąpi nawet do boju, czmychając przed kelnerami, Stonogą, a zwłaszcza milionową „armią protestu”, tworzoną przez antysystemowców, do których całe lata przy pomocy swoich propagandystów usiłowano wtłoczyć PiS.
Udało się!