Zielone Ludziki
Śledczy z Prokuratury Wojskowej doskonale wiedzą, że w przypadku zmiany władzy ich działania i świadome zaniechania w śledztwie smoleńskim pozwolą postawić ich przed sądem.
W internecie karierę robi filmik, na którym Andrzej Seremet, nie wiedząc, że już włączono kamerę, mówi: „Nie martw się, Mietek, potem nowe wybory i PiS nas powsadza”. Pomijając, kim jest ów Mietek, ważniejsze jest dla mnie pytanie: czego się może obawiać prokurator generalny?
Myślę, że zarówno Andrzej Seremet, jak i śledczy z Naczelnej Prokuratury Wojskowej doskonale wiedzą, że ich działania i świadome zaniechania w śledztwie smoleńskim pozwolą (w przypadku zmiany władzy) postawić ich przed sądem. Bezkarność gwarantuje im, na razie, parasol ochronny rządzących oraz koledzy w prokuraturach i sądach, którzy za pomocą najrozmaitszych proceduralnych kruczków (np. kawałkując postępowanie, wyodrębniając pomniejsze wątki), umarzają śledztwa. Pierwsza próba, podjęta przez pełnomocnika rodzin mec. Piotra Pszczółkowskiego, nie udała się. Doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez niedopełnienie obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy Prokuratury Wojskowej, którzy nie uczestniczyli w sekcjach ofiar katastrofy smoleńskiej na terenie Federacji Rosyjskiej, a potem zaniechali wykonania sekcji zwłok w Polsce, mec. Pszczókowski złożył w 2012 r. Po roku sąd umorzył postępowanie karne. Wtedy pełnomocnik złożył zażalenie, także bez skutku. Przypomnijmy – prokuratorzy w Smoleńsku i w Moskwie odstąpili od wykonania oględzin i sekcji zwłok (a także wielu innych, niezwykle istotnych czynności), zasłaniając się tym, że zrobili to już Rosjanie. A przecież nie istniała żadna przesłanka, żaden dowód, żadna ekspertyza ani żadne ustalenia pozwalające wykluczyć sprawstwo lub współsprawstwo strony rosyjskiej. Oddanie kluczowej czynności, jaką były oględziny i sekcje zwłok, obcemu państwu, zanim cokolwiek było wiadomo (przy możliwości dokonania własnych ustaleń), nie mieści się w głowie. To skandaliczne zaniechanie albo celowe działanie. Na marginasie, Andrzej Seremet w tych najważniejszych momentach, w obliczu takiej tragedii, nie pojawił się w Rosji. Podobno 10 kwietnia, w drodze z Tarnobrzega na lotnisko, popsuł mu się samochód (!?). Potem było już tylko gorzej. Brak interwencji Seremeta wobec ignorowania przez Rosjan wniosków o pomoc prawną, ale przede wszystkim brak elementarnego nadzoru nad śledztwem. Potwierdzają to zeznania Parulskiego, ówczesnego koordynatora śledztwa, który nie pamięta, czy informował swojego przełożonego o tym, że nikt z polskich śledczych nie uczestniczył w sekcjach zwłok. Rok po tragedii żona śp. Tomasza Merty powiedziała: „To śledztwo jest prowadzone tak, żeby niczego nie wyjaśnić”. Dziś widzimy, jak działania prokuratury potwierdzają jej słowa. Panowie w zielonych mundurach z NPW nie dopuścili światowej sławy patomorfologa Michaela Badena do udziału w sekcji zwłok ekshumowanej ofiary. A kiedy podczas innej sekcji pełnomocnicy rodzin występowali o przeprowadzenie dodatkowych badań, sekcję przerwano i po kilkugodzinnej przerwie na telefoniczne konsultacje z kimś z Warszawy, nie dokonano tych czynności, choć ciało było na stole i zespół gotowy do pracy. Od trzech lat blokowane są wnioski o kolejne ekshumacje. Mimo zakwestionowania opinii CLKP w sprawie trotylu, śledczy nie chcą udostępnić próbek niezależnym ekspertom. Choć trwa awantura o odczyty z czarnych skrzynek, Naczelna Prokuratura Wojskowa odmawia pełnomocnikom rodzin dostępu do nagrań. Natomiast stenogramy i opinie wrzucane są do zaprzyjaźnionych mediów, bez możliwości odsłuchania materiału źródłowego przez niezależnych biegłych. Niestety, podobnych przykładów jest o wiele więcej. Wszystko wskazuje na to, że rację ma jedna z wdów, która powiedziała: „Prokuratorzy z NPW powinni zmienić mundury z polskich na rosyjskie”.