Cywilizacja chamstwa
Trudno ustalić, kiedy ostatecznie zatriumfowała u nas cywilizacja chamstwa. Owszem, otaczała nas od dawna, ale w PRL władza, media i elity przynajmniej udawały ludzi kulturalnych.
Wstydu nie ma! Kindersztuba zdechła, a kultura obowiązuje co najwyżej w obrębie jednej grupy. „Profesor Niesiołowski to cham, ale nasz cham, w dodatku użyteczny” – zdają się myśleć członkowie i sympatycy partii rządzącej.
Doskonałą ilustracją jest wrzawa, jaką podnoszą koterie, kiedy ktoś z ich grona został uhonorowany przez SDP „Hieną roku”. Zawsze jest to dla nich obrzydliwe, polityczne, i to bez wchodzenia w merytoryczną zasadność wyboru.
Od śmierci naszego papieża nie mamy już żadnego ogólnokrajowego autorytetu. Ale jak ma być, skoro dziś pozycję człowieka wyznaczają władza i pieniądze?
O jakości naszych koryfeuszy mogliśmy przekonać się dzięki nagraniom z restauracji Sowa i Przyjaciele.
Najgorsze, jeśli pojawiają się pokusy, aby dostosować się do obowiązującego języka debaty, co przydarza się osobom tak wybitnym jak Rafał Ziemkiewicz.
A przecież na chamstwo są dwie metody: bojkotowanie współczesnych troglodytów bez wchodzenia z nimi w interakcję, a gdy przekroczą granicę – sięganie po kodeks karny. Z pewnością nie rejterada. Albowiem, jak śpiewał śp. Jan Tadeusz Stanisławski: „Mówiła mi mama, by się nie bać chama, bo cham to jest cham i boi się sam!”.