Dbać o rodzinę, zatrzymać deprawację!
W nadchodzących wyborach to my zdecydujemy, czy podatnicy sfinansują procedury in vitro, czy raczej wsparcie dla rodzin wielodzietnych.
Wielu Polaków narzeka na sytuację w kraju, uważa, że sprawy idą w złym kierunku, o władzy ma jak najgorsze zdanie, z tęsknotą też wyczekuje zmiany. A ponieważ na razie na horyzoncie zwiastunów zmiany nie widać – popada w apatię.
Pogarda władzy wobec inicjatyw popartych setkami tysięcy czy milionami podpisów – jak apel po tragedii smoleńskiej o powołanie międzynarodowej komisji śledczej, gigantyczna akcja zainicjowana na antenie Radia Maryja w obronie lasów państwowych czy obywatelski projekt referendum edukacyjnego w obronie sześciolatków wysyłanych przez rząd do szkół – przetrąciły społeczną energię, rodząc w obywatelach poczucie beznadziei. Reakcją rządu Tuska na społeczną ofiarność i zaangażowanie w tych i w innych przypadkach (np. obywatelski projekt ustawy ograniczającej aborcje eugeniczne) było pokazanie środkowego palca. Rządzący udowodnili, że na żaden dialog ze społeczeństwem nie mają ochoty, a stosunek do obywateli najlepiej wyrażają ich słowa: „frajerzy”, „bydło” czy „śmieci”.
Zdarza się jednak coś, co pozornie wygląda na nieszczęście, a w efekcie rodzi pozytywne skutki. Bezczelność, arogancja władz i ignorowanie ludzi, jak się okazuje, mają swoje granice. Komitety mieszkańców i najróżniejsze obywatelskie stowarzyszenia, które powstają, by bronić swoich miejscowości przed lokalizacją tam gigantycznych turbin wiatrowych, pokazują, jak budzi się społeczny potencjał. Jednocześnie można zaobserwować pewną zmianę. Obywatelskie inicjatywy nie są bowiem adresowane do posłów, ministrów czy premiera w Warszawie, lecz ich celem jest zmiana na poziomie gminy, miasta, powiatu. Mieszkańcy wywierają więc presję na kandydatów do władz samorządowych, a gdzie się da, sami starają się w nich czynnie uczestniczyć.
Do zwycięstwa potrzeba nieraz kilkaset głosów, wielu z nas nie zdaje sobie sprawy, ile realnej władzy tkwi w społeczeństwie – ile spraw w naszym otoczeniu zależy od dobrego samorządu. Tu chodzi nie tylko o do znudzenia przywoływane ścieżki rowerowe i łatanie dziur w chodniku.
Na poziomie lokalnym możemy zdecydować, czy na każdym skrzyżowaniu naszej miejscowości wyrosną „Alkohole 24/h”, czy nasze ulice, parkany, place miejskie, ale też budynki zabytkowe zostaną oblepione agresywną reklamą i jaskrawymi ledowymi ekranami. Od nas zależy, czy – tak jak chce SLD w Częstochowie – podatnicy sfinansują procedury in vitro, czy raczej wsparcie dla rodzin wielodzietnych, jak robi to PiS w Ostrołęce i innych miastach. Czy w zakamuflowany sposób do strategii rozwoju społecznego zostanie wprowadzony postulat „różnorodności”, którego niewinne brzmienie zinterpretują potem Biedroń, Palikot i Fuszara. Bo jedną z najważniejszych batali, która przesądzi o kształtowaniu wrażliwości naszych dzieci, jest zatrzymanie wprowadzanych do szkół genderowych koncepcji. Możemy je zablokować, wybierając dobrego wójta, burmistrza, prezydenta, którzy są przecież pracodawcami dyrektora podstawówki. Akcja prowadzona przez obywatelską Koalicję dla Rodziny polega na dotarciu do kandydatów i uzyskaniu podpisanej deklaracji, że rodzina będzie dla nich priorytetem. Że będą służyć rodzinie, przestrzegać zapisów Konstytucji RP i respektować prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z ich przekonaniami i światopoglądem. Że nie dopuszczą, by różnej maści projekty ideologiczne wrogie rodzinie miały dostęp do szkół, podległych im placówek kultury lub były współfinansowane z kasy samorządowej.
Wybór wiarygodnych reprezentantów pracujących na rzecz ochrony rodziny jest możliwy. Trzeba upowszechniać wiedzę o tych kandydatach, wspierać ich kampanię, a gdy zwyciężą, współpracować z nimi i kontrolować ich. Zamiast narzekania weźmy się do roboty. Czasu jest niewiele, a właśnie teraz mamy szansę. Nie pozwólmy, by bierność i niewiedza torowały drogę wrogom rodziny.