Coś się zamyka, coś otwiera
Rzadko zdarza się, by jednego dnia (25 maja) zdarzyło się kilka wydarzeń równie istotnych. Śmierć Wojciecha Jaruzelskiego (znane ksywki Spawacz, Ślepowron, generał ZOMOZA) symbolicznie zamyka
Wybory prezydenckie na Ukrainie, ich przeprowadzenie i wynik w pierwszej turze graniczą z cudem. Zamykają też okres niepewności, wybijając Moskwie argumenty o puczu garstki banderowców. Miliony poszły do urn, miliony głosowały na Poroszenkę, pozostawiając Kreml w rozkroku między otwartą agresją na suwerenne państwo oraz pozornym pogodzeniem się z wynikiem i dalszym knuciem (wariant gruziński). Znajomość Rosji sprawia, że obstawiam ten wariant – sądzę, w wypadku Ukrainy, przegrany.
Skończyła się też na naszych oczach dotychczasowa Unia Europejska, chociaż ona sama jeszcze o tym nie wie. Sukcesy eurosceptyków lub wręcz eurowrogów dowodzą porażki pewnego projektu, którego atutem była rzekoma bezalternatywność, a zakaz kary śmierci, aborcja, eutanazja i przywileje dla zboczeńców należały do praw podstawowych. Wchodzimy w czasy, gdy opozycja pozasystemowa (skądinąd często dość paskudna i taktycznie proputinowska – Front Narodowy, Jobbik czy korwiniści) przemawiać będzie coraz silniejszym głosem, wyrażając opinie znacznej części społeczeństw, dotąd kompletnie ignorowanych.
Przełom dotyczy też Polski – remis (choć nocą wahało się między 1-procentową przewagą PO a 7-procentowym triumfem PiS) oznacza porażkę Platformy. Odpłynęło nie tylko 17 proc. wyborców, ale również młodzież, której bliżej do KNP (ale to wyleczalne) i do PiS. Pozbyliśmy się (mam nadzieję na zawsze) obrzydliwego czyraka na naszej polityce, jakim był Twój Ruch. Z niewielkimi wyjątkami poprzegrywali celebryci, rozłamowcy i różnej maści amatorzy. Pozwala to patrzeć z optymizmem na dalszą sekwencję zdarzeń. Polska bez Jaruzela może w ciągu paru lat stać się również (w sensie politycznym) Polską bez Tuska.