Podziw z odrobiną zazdrości
Chyba nie jest uprawnione zestawianie ukraińskiej rewolucji z którymkolwiek ze słynnych polskich zrywów.
Jeszcze większe różnice widać przy fazie końcowej – porozumienie z reżimem było jedynie krokiem do zwycięstwa. Kiedy parlament dymisjonował Janukowycza i wprowadzał swoje władze, nikt nie wołał: „pacta sunt servanda” i nie lał krokodylich łez.
U nas wybrańcy Solidarności wychodzili z siebie, by przypadkiem Jaruzelski nie przegrał wyborów na prezydenta, i przez blisko rok tolerowali rząd z udziałem sowieckich marionetek splamionych krwią. Nawet wówczas, kiedy wraz z obaleniem muru, aksamitną rewolucją i rozstrzelaniem Ceausescu znikło widmo bratniej pomocy.
Ukraińcy jakoś nie przejęli się ani realną groźbą „bratniej pomocy”, ani możliwego podziału kraju, ani zakręceniem kurka. Okazali odwagę, determinację, a przede wszystkim dumę.
To co u nas trwało rok (zatrute ziarna owocują do dziś), załatwiono w Kijowie w jedno sobotnie przedpołudnie, w dodatku zadbano o natychmiastowe zabezpieczenie archiwów i akt przed zniszczeniem i przejęcie resortów siłowych.
Co prawda Janukowycz nie okazał się „człowiekiem honoru” i nie miał zamiaru wywiązywać się z podjętych zobowiązań. Ale gdyby się nawet okazał – ile by jeszcze przetrwał, tydzień? Nikt na Ukrainie nie zapomni mu krwi na rękach. A przypadkowo ma na sumieniu tyle istnień ludzkich, co ekipa Jaruzelskiego–Kiszczaka.
I najważniejsza sprawa: u nas się rozeszliśmy – Solidarność, komitety obywatelskie, a Lechu nie zamienił nawet siekierki na kijek. Nikt nie pilnował transformacji. Wygląda na to, że Ukraińcy nie popełnią tego błędu.
Wierzę – jeśli wszystko toczyć się będzie jak do tej pory – że dotychczasowa władza zostanie rozliczona, a oligarchowie, konfidenci i nadgorliwi funkcjonariusze nie będą mieli łatwego życia. Trochę ludzi ze sprzedajnych mediów będzie musiało poszukać sobie roboty. A przyszłe pokolenia nie będą miały problemu z rozpoznaniem, kto bohater, a kto zdrajca.
Sława Ukrainie!