Gorący serial – skandal w Kościele
W tych historiach jest wszystko, co uwielbiają tabloidy.
Skandal na Dominikanie to zaledwie początek. Media donoszą o ks. kapitanie Jacku S. z Legionowa, o proboszczu z Tarchomina, a ostatnio o księdzu z Częstochowy. W pierwszych dwóch wypadkach toczą się postępowania sądowe potwierdzające oskarżenia. Sprawa księdza z Częstochowy wygląda bardziej tajemniczo.
Informacja o rzekomym współżyciu katechety z gimnazjalistką pochodzi od jednej osoby – radnej SLD Eweliny Balt, która słyszała o tym od osoby trzeciej. Radna ogłosiła to na sesji rady miasta, a informację tę podchwyciły media. Na tej podstawie prokuratura podjęła czynności wyjaśniające, a kuria nałożyła na ksiądza suspensę. Tymczasem matka rzekomej ofiary złożyła na piśmie oświadczenie zaprzeczające zarzutom. Mimo to niektóre redakcje już wiedzą: „Ksiądz Piotr F. uprawił seks z uczennicą!”, „Katecheta współżył z gimnazjalistką”, „Ksiądz wykorzystał uczennicę”. Wydaje się, że mediów związanych z Agorą nie interesuje już nic innego. Jakby redaktorzy z „Wyborczej” mieli jakąś obsesję. Podobnie sprawa wygląda w wypadku materiałów emitowanych przez TVN24. Cel jest jasny – stworzenie u odbiorców i czytelników trwałego skojarzenia – kapłan-pedofil.
Antykościelna nagonka?
W minionych latach nieraz byliśmy świadkami skandali z udziałem kapłanów. Nie było ich tak wiele, biorąc pod uwagę liczebność polskiego duchowieństwa, ale sposób, w jaki reagowała hierarchia, a także spora część wiernych wyglądał czasem, niestety, na bagatelizowanie i marginalizowanie problemu.
Zamiatanie pod dywan i niechęć do radykalnych reakcji ze strony hierarchii miała swoje powody. Skandale obyczajowe z udziałem księży, te realne i wymyślone, najchętniej ujawniał tygodnik Jerzego Urbana i inne antyklerykalne periodyki założone przez ludzi dawnych służb. Publikacje w tych pismach, często potem powtórzone przez tabloidy i „Wyborczą”, dla władz duchownych i części polskich katolików nie były ostrzeżeniem przed prawdziwymi zjawiskami, lecz tylko potwierdzeniem ostrego, antyklerykalnego kursu obowiązującego w środowisku sporej części elit III RP. Troska o duchownych – o ich morale i finanse – wyrażana przez zawodowych opluwaczy wszystkich wartości i osobistych wrogów Pana Boga u większości hierarchii i wiernych budziła najwyżej wzruszenie ramion. Tym bardziej że wiele z tych doniesień okazywało się historiami wyssanymi z palca (słynny maybach ojca Tadeusza Rydzyka).
Pamiętam, jak na rynek wchodził dziennik wydawany przez duży niemiecki koncern prasowy. W pierwszym numerze na okładkę trafił tekst z krzyczącym tytułem – „Polscy księża chcą się żenić”. Autorzy materiału poparli swoją tezę, przytaczając sondaże i wypowiedzi konkretnych kapłanów. Okazało się że sondaż był lipny, a przywołani z nazwiska kapłani nie istnieją. Dla niemieckich marketingowców ten chwyt wydał się na tyle zasadny, że zaryzykowali wiarygodność gazety. Mocne otwarcie i sprzedaż nakładu były ważniejsze niż rzetelność informacji.
Stłuczony termometr
Wyliczenie choćby części kłamstw i manipulacji, jakich w ostatnich czasach dziennikarze dopuścili się wobec ludzi Kościoła, zajęłoby pokaźną książkę. Swoją drogą ciekawe, czy na licznych wydziałach dziennikarskich polskich uczelni powstanie kiedyś praca magisterska lub projekt badawczy, opisujący to zjawisko. Kontrolna rola mediów wobec Kościoła, ważnej społecznej instytucji w Polsce, z winy samych redakcji i dziennikarzy, stała się własną karykaturą.
Trudno więc oczekiwać, że ludzie Kościoła będą traktowali serio każde doniesienie oskarżające kapłanów. Dodatkowo wciąż trwa wyniesiona jeszcze z czasów PRL‑u nieufność hierarchii wobec osób świeckich, nawet katolików z własnej parafii. Naszpikowanie agenturą laikatu i wszechobecne poczucie inwigilacji wytworzyło w czasach PRL‑u u wielu księży mechanizm obronny – potrzebę dystansu i przesadną dyskrecję.
Konsekwencje powstałej wtedy nieufności wpływają na życie kościelne i dziś. Wystarczy spojrzeć, jak opornie idzie tworzenie tzw. rad parafialnych, których konsekwencją będzie zwiększenie wpływu świeckich na życie parafii. Wspomniana izolacja części duchowieństwa budzi u nich niekiedy poczucie samotności, frustracji i obcości. W konsekwencji pojawia się w tej grupie fałszywie pojmowana środowiskowa lojalność.
Upraszczając, pojawia się następujący tok myślenia: „Nawet jeśli coś jest na rzeczy, będziemy bronili brata kapłana jak niepodległości. Choćby błądził i grzeszył, zamiećmy to pod dywan, bo inaczej damy argumenty wrogom Kościoła”.
„Gazeta Polska” bardzo dobrze wie, jak dokuczliwa może być taka postawa. Publikacje materiałów dotyczących kontaktów z bezpieką abp. Stanisława Wielgusa do dziś przez wielu traktowane są jak bezpodstawny atak naszej redakcji na Kościół. Podobnie niektórzy postrzegają tych dziennikarzy, którzy w autentycznej trosce o Kościół ujawnili sprawę abp. Juliusza Paetza. Gdy media opisywały naganne zachowania biskupa, hierarchowie delegowani do przedstawienia sprawy Ojcu Świętemu nie wywiązali się z powierzonej misji. Jan Paweł II był skutecznie izolowany przez otoczenie od doniesień o zachowaniu abp. Paetza i dopiero interwencja przyjaciółki papieża dr Wandy Półtawskiej wywołała reakcję Watykanu.
Jednak już na naszym polskim podwórku środki podjęte wobec abp. Paetza wyglądały na zdumiewająco łagodne. W konsekwencji niedługo po wybuchu skandalu już można go było widzieć jako VIP-a na kościelnych i świeckich uroczystościach.
Redakcja „Warto rozmawiać” miała także udział w ujawnieniu nadużyć obyczajowych w seminarium w Płocku. Publikacje wielu konserwatywnych i utożsamianych z Kościołem dziennikarzy sprawiły, że nie można było już bagatelizować problemu i wkrótce nastąpiły zmiany personalne w kurii płockiej. Jednak pomimo oczekiwań kapłanów i wiernych, proces uzdrawiania diecezji wyglądał na połowiczny, zbyt powolny, a wielu odpowiedzialnych za tolerowanie skandali nie objęły żadne środki dyscyplinujące.
Warto zwrócić uwagę, że w sprawie abp. Paetza i kurii płockiej dziennikarze współpracowali z kapłanami. Tymi, którzy głęboko dotknięci niemoralnym zachowaniem współbraci, postanowili przeciwdziałać patologiom. Gdy zawiodły wszelkie środki, w tym ewangeliczna zasada „powiadomienia starszych”, zmuszeni zostali prosić o pomoc media. Późniejsze działania hierarchii, już po ujawnieniu skandalu, wobec abp. Paetza i kurii płockiej były sygnałem, że raczej nie opłaca się angażować po stronie sprawiedliwości
Co cię nie zabije, to cię wzmocni
Jeżeli materiały w sprawie ks. Wojciecha Gila zgromadzone przez śledczych na Dominikanie okażą się wiarygodne, to sprawa ta powinna być wstrząsem dla polskiego Kościoła. Dotychczasowa reakcja Ojca Świętego – natychmiastowe odwołanie nuncjusza papieskiego na Dominikanie abp. Józefa Wesołowskiego – nie musi jeszcze oznaczać, że Watykan uwiarygodnia doniesienia. Jest jednak dowodem na to, że wyznaczany jest nowy standard w traktowaniu przez władze duchowne sygnałów dotyczących patologii w obrębie Kościoła.
Trzeba jednak pamiętać, że w przeszłości mieliśmy już do czynienia z oskarżeniami o pedofilię kapłanów (przykładowo biskupa Chicago), które okazały się kłamstwem, a inspirowane były przez prawników oszustów. Czy obecny medialny atak (który ma wszelkie znamiona antykatolickiej nagonki) na polski Kościół spowoduje, że hierarchia kościelna będzie reagowała opieszale bądź bagatelizowała sygnały mogące świadczyć o winie kapłanów? A może zadziała przykład, który idzie z góry, ze środowiska samego papieża Franciszka? Odważne i szybkie decyzje podjęte przez kościelne władze w stosunku do podejrzewanych kapłanów oraz wyjście hierarchów do wiernych i dziennikarzy z komentarzami dotyczącymi sprawy, to zwiastun nowego sposobu traktowania grzechów duchowieństwa.
Ten pozytywny kurs potwierdza też informacja o radykalnych krokach władz kościelnych wobec nieprawidłowości (m.in. skandali homoseksualnych) w seminarium diecezji sosnowieckiej. Po prostu rozwiązano seminarium. Dodatkowo duchowieństwo jest bardzo silnie zaangażowane w pomoc ofiarom przemocy i różnych nadużyć seksualnych.
Na zakończenie warto też wspomnieć, że wszystkie statystyki opisujące zjawisko pedofilii w danej wspólnocie dowodzą, iż skandale pedofilskie z udziałem duchownych to proporcjonalnie znikomy procent odnotowanych wypadków.