Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Mateusz Matyszkowicz,
02.07.2013 15:15

Plajta lokalnej Polski

Kruszenie się Platformy obserwujemy przez demontaż jej kolejnych lokalnych układów. Ale nie można mieć złudzeń: prawdziwe zło jest po stronie władz centralnych.

Kruszenie się Platformy obserwujemy przez demontaż jej kolejnych lokalnych układów. Ale nie można mieć złudzeń: prawdziwe zło jest po stronie władz centralnych.

Kolejne wybory wygrywane w terenie przez opozycję potwierdzają oczywiście tendencję spadkową PO i coraz silniejszą pozycję PiS. Kolejni prezydenci i burmistrzowie mają kłopoty, przegrywają, a w ich miejsce wchodzą oponenci. To naturalne i samo w sobie nie byłoby godne komentarza – oczywistości bowiem się nie komentuje, gdyby nie kilka interesujących okoliczności.

Tracone mateczniki

Tym razem upadek władzy zaczyna się bowiem od jej elit samorządowych. Niektórym mogłoby to wydawać się naturalne. Wybory lokalne były zawsze barometrem nastrojów społecznych, wskazywały tendencje, pozwalały wyczuć nadchodzącą falę. Ale dotyczyło to wyborów do rad miejskich i obserwowane było na dużej skali. Tym razem są to punktowe wybory, które w każdym wypadku potwierdzają tę samą tendencję
. Dotyczą wreszcie tzw. włodarzy miast. Jest to o tyle ważne, że stanowiska wójta, burmistrza lub prezydenta uchodziły dotychczas za wyjątkowo stabilne. O ile nawet zmieniały się układy większości w radach, to klucze do miasta dzierżyła zwykle przez kilka kadencji jedna osoba. Zapewniało to stabilność układów tworzących się wokół lokalnej władzy, których nic nie mogło ruszyć. Teraz zaczyna się to kruszyć. Władza dotychczasowych pewniaków jest coraz bardziej niepewna. Dotyczy to także takich miast jak Warszawa czy Poznań, w których jak się wydawało trwale hegemonię ma PO wraz ze środowiskami postkomunistycznymi.

Co również ciekawe, tendencje spadkowe PO nie biorą się ani z wielkich afer na poziomie centralnym (to zostanie rozliczone dopiero w czasie wyborów parlamentarnych), ani też mało znaczących lokalnych zjawisk. Przyczyny są dwie i obie mają charakter ogólnopolski.

Bunt obywateli


Po pierwsze, powszechna degeneracja władz samorządowych dostrzegana już przez znaczną część wyborców. Przez wiele lat funkcjonowały one bowiem w obywatelskiej pustce. Fakt, że prezydenci i burmistrzowie wydawali się niezatapialni niezależnie od skutków własnych rządów – bo stał za nimi czysto klientelistyczny układ na tyle silny, że gwarantował im kolejne kadencje – rozzuchwalał ich coraz bardziej. Wiedzieli, że mogą pozwolić sobie na wiele, ale wiedziało to także ich otoczenie. Nie działały żadne mechanizmy demokratycznej kontroli. Było to wzmocnione upadkiem lokalnych mediów, najczęściej zależnych finansowo od samorządów. Nikt tych ludzi nie miał siły rozliczyć. Teraz, jak się wydaje, fala powszechnego niezadowolenia jest tak wysoka, że może doprowadzić do upadku zdegenerowanego układu i doprowadzić do wymiany elit.

Śmieci i oświata

Druga przyczyna wiąże się z polityką PO w ostatnich latach, z nieodpowiedzialnym pozbywaniem się przez centrum władzy problemów. Weźmy kilka przykładów. Słynna ustawa śmieciowa. Odpowiadają się za nią bezpośrednio posłowie PO. To oni uchwalili ów gniot prawny. Oberwą za to jednak przede wszystkim ich partyjni koledzy i koleżanki z samorządów. To oni bowiem próbują wykonać niewykonalną ustawę. Obywatele nie widzą ustaw – doświadczają jej skutków. A te są takie, że już wkrótce przyjdzie im zapłacić kilkakrotnie więcej za wywóz śmieci, a rachunek dostaną od swoich samorządów. Wreszcie widzą chaos, który jest z tym związany, źle przeprowadzane przetargi i tragiczną logistykę. Będą o to oskarżali przede wszystkim ludzi, którzy są najbliżej.

Inny przykład. Obciążenie budżetów samorządowych wydatkami oświatowymi. Od lat rośnie udział samorządów w finansowaniu szkół. Rząd podwyższa na przykład uposażenie nauczycieli, ale za tym nie idą żadne pieniądze. Samorządom – zwłaszcza w kontekście niżu demograficznego – brakuje pieniędzy i zamykają lub reorganizują szkoły. To w coraz większym stopniu obciąża władze lokalne, wszyscy będą winili burmistrzów, choć główni winowajcy są gdzie indziej – przede wszystkim w rządzie. Ci na dole to co najwyżej pomocnicy. Naprawa tej sytuacji nie nastąpi zatem wyłącznie przez odwoływanie włodarzy, o wiele ważniejsza jest zmiana na poziomie centralnym.

Gminy zadłużone na pokolenia

I wreszcie rzecz najstraszniejsza, czyli utrata przez samorządy płynności finansowej. Polityka rozdziału funduszy unijnych, ta cała radość z najgłupszych chociaż inwestycji, byle pojawiła się tablica, że współfinansowano ze środków unijnych, doprowadziła samorządy na skraj przepaści. Tu wina jest po obu stronach – władz centralnych, bo nie dookreślono ram wykorzystania tych funduszy, nie zapewniono bufora bezpieczeństwa, by gminy skupiły się na inwestowaniu w konieczną infrastrukturę. Ale wina leży też po stronie samorządów. Tak rzuciły się na budowę stadionów, deptaków i parków wodnych, że straciły w tym umiar. Każda z tych inwestycji wymagała wkładu własnego.
Ten zaś pochodził najczęściej z kredytów, co potęgowało skalę zadłużenia. Kolejnym pokoleniom przyjdzie płacić wysoką cenę za tę saską politykę czasów platformerskich.

Właśnie dlatego cieszmy się, że lokalne układy się sypią. Ale pamiętajmy też, że to jeszcze nie załatwi wszystkiego. Przed nami wiele ciężkich lat naprawiania lokalnych budżetów. Nie stanie się to z dnia na dzień, ani bez udziału władz centralnych. Niewykluczone, że przyszły rząd nie będzie musiał ratować banków, ale przyjdzie mu zmierzyć się z problemem zbankrutowanych samorządów – problemem o wiele poważniejszym, bo wymagającym nie tylko jednorazowych dotacji, ale przede wszystkim głębokich zmian w systemie. Im szybciej nastąpi wymiana rządzących elit i na szczeblu lokalnym, i na poziomie krajowym, tym dla nas wszystkich lepiej.

 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane