Prezydentura jako rewolucja
Kim był Lech Kaczyński? Prezydentem – odpowiada w swoim dziele Joanna Lichocka. Wbrew pozorom nie jest to odpowiedź banalna. Jednym z częściej powtarzających się w filmie słów jest „państwowiec”, a sytuacje, w których oglądamy Lecha Kaczyńskiego, są
W Polsce historyczni bohaterowie prędzej doczekują się pomników niż filmów dokumentalnych i kiczowatych portretów zamiast porządnych analiz. Jestem więc spokojny, że prędzej czy później powstanie w Warszawie pomnik Lecha Kaczyńskiego. Ten czas odrzucania pamięci o nim musi się skończyć. Otwarte jest natomiast pytanie, w jaki sposób będzie on pamiętany. Czy pamięć zamknie się w tym, co płytkie i niepolityczne, czyli w tanich sentymentach, czy też zostanie zrealizowana w programie odnowienia państwa?
Polityczny wymiar pamięci
Pamięć o katastrofie smoleńskiej otwiera nas na te dwie możliwości. Można być do głębi wzruszonym Smoleńskiem i opłakiwać ofiary, ale i okazać się przy tym niezdolnym do przekroczenia tego poziomu osobistej tragedii ludzkiej. I na tym opiera się w dużej mierze mainstreamowa pamięć o Smoleńsku. Straszny wypadek, cierpienie ludzi, po prostu katastrofa lotnicza. Po opozycyjnej stronie również pojawiają się takie skłonności, może z większym natężeniem, może z inną interpretacją wydarzeń, ale i one są często niezdolne do przekroczenia horyzontu tragedii osobistej.
A co tak naprawdę można zobaczyć ponad linią horyzontu? Już nie tylko tragedię ludzką, ale przede wszystkim polityczny dramat. Smoleńsk to katastrofa polityczna, w której zginął prezydent państwa wraz z jego elitą; moment przesilenia, w którym przez pewien czas zostaliśmy pozbawieni głowy państwa; dramat, w którego wyniku zginęła także polityczna wizja, którą reprezentowały jego ofiary. Niby idee nie giną, bo są niematerialne, niektórzy mówią, że wieczne. Ale te wieczne i niematerialne idee nie mogą zaistnieć bez ludzi, którzy je tworzą lub odkrywają, a następnie realizują. W Smoleńsku zatem nie tylko zginęła elita państwa, ale i podjęta została próba uśmiercenia idei, które ci ludzie reprezentowali. W tym kontekście nadmierne sentymentalizowanie Smoleńska jest niczym innym, jak aktem dobijania ideowych posłańców, pożegnania się nie tylko z żywymi ludźmi, ale też z sensem, który sprawił, że 10 kwietnia właśnie w takim, a nie innym składzie, z takimi, a nie innymi przemówieniami, wsiedli do samolotu i polecieli na katyńskie obchody.
To dlatego film Joanny Lichockiej i Jarosława Rybickiego nosi tytuł „Prezydent”, dlatego jego spoiwem i głównym motywem przewodnim jest katastrofa smoleńska, ale poszczególne jego części są opowieścią o politycznym działaniu Lecha Kaczyńskiego. A zatem pierwszy dokument o Lechu Kaczyńskim nie opowiada o jego dzieciństwie, nie ujawnia kulis realizacji filmu o Jacku i Placku ani nie koncentruje się na niewątpliwie sympatycznej miłości prezydenta do zwierząt. Nie wpisuje się on tym samym w postpolityczny kanon poprawności, który polityków redukuje do roli celebrytów, a politykę do obyczajowej szopki.
Służba państwu
Jednym z częściej powtarzanych w filmie „Prezydent” słów jest „państwowiec”, a sytuacje, w których oglądamy Lecha Kaczyńskiego, są ściśle związane z jego polityczną aktywnością. Jeśli jest zatem w tym filmie coś osobistego i coś psychologicznego, to dojrzewanie Lecha Kaczyńskiego do jego politycznej roli. Od działacza Solidarności, który doradzał w sprawach związanych z prawem pracy, a przez pewien czas kierował wręcz związkiem – tu prawdziwym smaczkiem jest archiwalna wypowiedź Lecha Wałęsy, w której wychwala on działalność Kaczyńskiego, tak bardzo kontrastująca z późniejszym dezawuowaniem jego roli w związku. Przez wkroczenie na państwową ścieżkę po przełomie 1989 r. Aż po prezydenturę i jej główne polityczne przesłanie.
Lecha Kaczyńskiego nie da się zrozumieć bez polityki, skoro sam zdefiniował siebie jako państwowca. A zatem nazwanie pierwszego dokumentu o Lechu Kaczyńskim inaczej niż „Prezydent” zakłamywałoby tę postać. Podobnie jak zakłamaniem postaci prezydenta byłoby pokazywanie jego prywatnego życia, bez wspomnienia o jego zaangażowaniu w obronę Gruzji, bez jego wizji Solidarności państw Europy Środkowej, wreszcie bez naświetlenia jego szczególnego stosunku do państwa podziemnego.
Spłacony dług wdzięczności
Ten ostatni wątek jest w filmie Joanny Lichockiej i Jarosława Rybickiego wyeksponowany wyjątkowo mocno. Moment przekazywania przez żyjących przedstawicieli podziemnego państwa testamentu Polski Walczącej dla elit dzisiejszej Rzeczypospolitej jest kluczem do zrozumienia postawy Lecha Kaczyńskiego. Tu nie ma nic przypadkowego. Jako prezydent Warszawy wraz z grupą tzw. muzealników zainicjował powstanie Muzeum Powstania Warszawskiego. Jako prezydent państwa położył szczególny nacisk na odbudowanie ciągłości polskiej państwowości – od I i II RP, przez państwo podziemne, po dzisiejszą Polskę. Nośnikiem tej ciągłości zaś uczynił żywych ludzi – taka zresztą idea stoi też za Muzeum Powstania, w którym o historii opowiadają przede wszystkim sami powstańcy. Także Solidarność nie była dla niego ani anonimową strukturą, ani też własnością wąsko pojętej elity. Przez swoją politykę orderową podkreślał przede wszystkim powszechność tego ruchu i fakt, że nigdy nie powinien on być traktowany jako machina pracująca dla jednego wodza.
A że przeszkadzał? O tym w filmie najmniej. Pod wieloma względami jest to zatem film przełomowy. Po pierwsze, żadna jak dotąd telewizja nie zrealizowała dokumentu o Lechu Kaczyńskim. Ten jest pierwszy i sfinansowali go przede wszystkim sami jego widzowie – ci, którzy kupują „Gazetę Polską”. Po drugie, ten film przywraca właściwy dla Lecha Kaczyńskiego kontekst, to, co dla niego było najważniejsze, czyli politykę i państwo. Po trzecie wreszcie, jest to film niesamowicie pozytywny. Nie mówi wprost, jak jest źle, ale daje wzorzec tego, jak mogłoby być dobrze.
A przy tym wszystkim jest to film bardzo piękny. Dawno nie widziałem dokumentu z tak znakomitymi zdjęciami. Można powiedzieć, że to tylko ozdobnik. Nieprawda. Dobra polityka jest także ładna. Jeśli jest niedosyt, to dlatego, że teraz trzeba pójść dalej. Zrobić osobno film o Gruzji, osobno o Muzeum Powstania, osobno o Solidarności. Tu jest wiele do zrobienia i samo się nie zrobi. Swoją pracą Anita Gargas i Joanna Lichocka robią to, na co nie stać gigantycznej struktury telewizji publicznej.