Służba oczyszczania miasta
„Władza” w reż. Allena Hughesa to film, o którym na pewno nie można powiedzieć, że jest produktem Fabryki Snów. Tu nie ma miejsca na piękne iluzje i nieskazitelnych bohaterów. Demokratyczny mechanizm walki o władzę, czyli służby na rzecz dobra public
Kampania wyborcza z gigantyczną korupcją w tle, politycy walczący o władzę, by pomnażać swoje majątki, policjanci do wynajęcia, dziennikarze do wynajęcia i w końcu mordercy do wynajęcia. Są też piękne kobiety, choć te akurat do wynajęcia nie są. Przynajmniej nie wszystkie.
Schemat zgrany do bólu. Billy Taggart – ekspolicjant (świetny Mark Wahlberg), który rozstał się ze służbą w szczególnych okolicznościach, jako prywatny detektyw zostaje wplątany w intrygę między politycznymi rywalami. Intryga okazuje się bardziej skomplikowana niż sobie wyobrażał. Przyzwyczajony do rozstrzygania spornych spraw pięścią i sprawnością ciała, tu musi wysilić intelekt, intuicję i pamięć. „Co tu jest, k…, grane?”, „O co tu, k…, chodzi?” – słyszymy z jego ust przynajmniej kilka razy. W końcu uzyskuje odpowiedź, ale rozwiązanie zagadki nie będzie dla niego całkiem fortunne. Za przeciwników ma ludzi złych, cynicznych, przebiegłych i bezwzględnie okrutnych.
Russell Crowe najwyraźniej zasmakował w odgrywaniu łajdaków, bo po roli wstrętnego komisarza Javerta w „Nędznikach”, tu pojawia się jako burmistrz jednej z dzielnic Nowego Jorku – Nicholas Hostetler.
Od typowo hollywoodzkich produkcji film różni się pewnym drobnym szczegółem. Nasz bohater – jasny charakter (no, może nieco przybrudzony, ale za to bardzo sympatyczny) – jest katolikiem. Ale to nie koniec. Taggart, (o zgrozo!) pozwala sobie na uszczypliwe żarty z celebrytów, gejów i transseksualistów. Przynajmniej na polskim rynku autor filmu trafił w dziesiątkę, bo rzeczywiście w tym momencie cała sala wybucha śmiechem.
Ale nie tylko konserwatywny i niepoprawny politycznie bohater jest polskim widzom bliski. Przekręt, który odkrywa dzielny detektyw, dotyczy polityków, deweloperów i miejskich nieruchomości, a to mieszkańcom nie tylko Warszawy jest bardzo dobrze znane. Różnica polega na tym, że w filmie sprawa się wyjaśnia, a u nas na to się nie zanosi. Przynajmniej przy tym układzie władzy.