Czego nas uczy abdykacja papieża?
Kiedy Benedykt XVI abdykował, za komentowanie jego decyzji zabrali się politolodzy i socjolodzy. Kto by tam słuchał opinii teologa, o pobożnym człowieku nie wspominając.
Rezygnacja Benedykta XVI z pełnienia papieskiego urzędu przypomniała światu słowo, które wychodzi właściwie z użycia. Abdykacja pojawia się już niezwykle rzadko. Skompromitowany urzędnik podaje się do dymisji. Gdy prezydent zawiedzie, mówi się o impeachmencie. Przynajmniej tak dzieje się w dojrzałych państwach demokratycznych. Ale abdykacja?
Współczesne media nie mogą sobie z tym poradzić. W takich dniach znakomicie widać nie tylko brak wykształcenia i kultury – kultury rozumianej całościowo, nie tylko jako savoir vivre i jedzenie bezy widelczykiem, ale także jako umiejętność poruszania się po europejskim dziedzictwie. Co zatem tak trudno jest zrozumieć i czego nas uczy abdykacja Ojca Świętego?
Rekolekcje benedyktyńskie
Kiedy umierał Jan Paweł II, mówiło się, że świat przechodzi niezwykle ważne rekolekcje. Towarzyszenie w ostatniej drodze starszemu człowiekowi, który miał odwagę w tym zblazowanym świecie wziąć na siebie rolę duchowego przewodnika, miało nauczyć ludzi na nowo mówienia o śmierci, przywrócić świadomość jej istnienia i nieuchronności.
Abdykacja Benedykta XVI to również dla świata bezcenne rekolekcje. O tym, jak bardzo są potrzebne, świadczą wszystkie wypowiedzi w mediach, które pokazują brak zrozumienia dla tej decyzji.
Więc histeria. Benedykt XVI był od początku obiektem rozmaitych ataków. Atakowano go zarówno za konserwatyzm, jak i wizję Kościoła prowadzonego zdecydowaną ręką. Narzucano na postać papieża Benedykta XVI wizerunek kardynała Ratzingera jako prefekta Kongregacji Nauki Wiary. W ten sposób urząd papieski był analizowany za pomocą pojęć wziętych ze świata politycznego.
W jakim stopniu jest konserwatywny lub liberalny, jak odnosi się do kwestii, które liberalny główny nurt uważa za centralne wyzwania współczesności, czyli uznanie związków homoseksualnych, zniesienie celibatu, akceptacja aborcji i eutanazji.
Wydaje się więc „znawcom" Kościoła, że wspólnota wiernych podobna jest w tym względzie do społeczności liberalnych demokracji, które dzielą się na zwolenników i przeciwników ewolucji nauczania moralnego Kościoła. Wybór władz Kościoła zaś jest momentem, w którym racje polityczne się ścierają, jak w trakcie prezydenckiej elekcji w USA, w której wątek gejów i aborcji także jest obecny.
Ale Kościół nie jest liberalną demokracją, a jego doktryna manifestem ideowym. Wreszcie zestaw problemów, jakie proponują ludzie spoza Kościoła, niewiele mają wspólnego z własną agendą katolików.
Kościół na froncie
Sprzeciwiając się temu spłaszczeniu debaty do wybranych problemów moralnych, Kościół wchodzi w spór ze swoim liberalnym otoczeniem. Walczy o prawo do własnej agendy. Sprzeciwia się w ten sposób jednej z najbardziej totalitarnych tendencji naszych czasów, która polega na całkowitej dominacji języka wyznawców jednej ideologii.
To zresztą znamienne, że Benedykt XVI swoją decyzję ogłosił w języku łacińskim, a zrozumieć ją mogła jedna włoska dziennikarka, która akurat język własny Kościoła dobrze zna. Papież postawił na łacinę, starał się o jej przywrócenie w dokumentach i wypowiedziach watykańskich, wiedząc dobrze, że Kościół musi mówić własnym językiem. I dopiero później przekładać wypowiedzi na języki nowożytne.
Następca Benedykta XVI będzie musiał to dzieło dokończyć. Zapewne z każdym miesiącem Benedykt XVI coraz lepiej zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele działań jest do wykonania. Gdyby rola pasterza sprowadzała się do mówienia „nie" na każdą propozycję, którą podsuwają dziennikarze, papież nie musiałby wyjeżdżać z Watykanu, ba, nie musiałby pokazywać się ludziom. Wystarczyłby neon na murach watykańskich. Ale zadanie Kościoła do tego się nie sprowadza.
I dlatego Ojciec Święty przyspieszył wyznaczenie swojego następcy. Jak wyjaśnił jego brat, zdrowie nie pozwala już papieżowi na podróże transoceaniczne i był to jeden z głównych powodów rezygnacji. To bardzo znamienne.
Niewykluczone, że nowy papież będzie nie tylko spoza Europy, ale i w ogóle z innego kręgu kulturowego. Może pochodzić z Afryki, Azji lub Ameryki Południowej. Jeśli tak, następca Benedykta XVI będzie mówił językiem jeszcze bardziej różniącym się od tego, jakim posługują się dziennikarze z Paryża czy Londynu. Będzie spoza Europy zarażonej obecnie wirusem politycznej poprawności, ale przez to lepiej będzie rozumiał jej dziedzictwo. Nie będzie czuł na sobie tego terroru, który każe porzucać wszystko to, co nie pasuje do aktualnie panujących ideologii.
Skonfundowane elity
Być może zatem na sam koniec swojego pontyfikatu papież przygotował wszystkim wielką niespodziankę i kłopot. Obowiązująca poprawność nakazuje potępiać dziedzictwo kolonializmu, walczyć z europocentryzmem, popierać emancypację ludzi o innym kolorze skóry. Kiedy jednak ktoś taki stanie na czele Kościoła, może się okazać, że liberalne elity będą bardzo zaskoczone.
Okaże się, że cały ten współczesny dyskurs to objaw egoizmu białych i bogatych narodów, dla których wolność uprawiania stosunków seksualnych jest ważniejsza od realnych problemów tego świata. Narodów, które zapomniały, że ich cywilizacja wybudowana jest na dziedzictwie klasycznym przetrawionym przez doktrynę Kościoła.
To wszystko może pokazać nowy papież. Co dokładnie zrobi, nie zależy jednak od nas. Możemy go co najwyżej wspomóc naszą modlitwą i uwagą. Decyzje będą jednak zależały od jego własnej rozwagi i tego współczesne elity nie potrafią znieść. Wydaje się im, że urządzenie pokazowej histerii załatwia wszystkie problemy, a zachowanie rozkapryszonego bachora, który siedzi na podłodze i wrzeszczy, póki mama nie da mu cukierka, nie odnosi się do Kościoła. I całe szczęście. To jedna z ostatnich takich instytucji, dla których trwanie jest ważniejsze od histerycznej chwiejności, a wierność od grzecznego ulegania małym terrorystom.
Nie przykładajcie więc do Kościoła swoich własnych miar. Ma on swoje sposoby działania. I przetrwał dłużej niż współcześnie istniejące państwa. Przetrwa i kolejne dwa tysiące lat. Będzie istniał, gdy już nie będzie ani Chin, ani Ameryki. Ani histerycznych filozofów.