Każdy życiorys jest dobry, o ile jest prawdziwy
Genealogie elit są ciekawe. Znacznie ciekawsze od tego, kto jest aktualną kochanką bądź kochankiem gwiazdy rocka. To drugie nie ma bowiem na nas żadnego wpływu. Pierwsze – ogromny.
W moim domu mieszkał starszy pan. Wysoki, postawny, surowy. Rocznik 1900, weteran wojny z bolszewikami. Spędziłem w jego pokoju dużo czasu, uczył mnie gry w szachy, pokazywał monety, opowiadał o historii, uwzględnił w testamencie. Po jego śmierci dowiedziałem się, że był oficerem przedwojennego wywiadu. Losy wojenne i powojenne miał jeszcze bardziej tajemnicze. Od kilku lat próbuję je odkrywać. Niezależnie od tego, gdzie te badania mnie doprowadzą. Na razie mam więcej pytań niż odpowiedzi.
Święci też mieli rodziców
Dlaczego usiłujemy poznać przeszłość, nawet jej ciemne karty? Tym różnimy się od zwierząt, że historia ma dla nas znaczenie. Ona nas kształtuje, niezależnie od tego, czy jest opowieścią najpiękniejszą, czy najbrzydszą. Najczęściej zresztą jest pomieszaniem jednego z drugim. Odkrywamy więc, co działo się wcześniej, po to by wiedzieć, jacy jesteśmy teraz, a przez to panować nad sobą samym. Psychoterapeuci powtarzają, że problem przemilczany zawsze odbija się negatywnie na osobowości – staje się kłopotem. Natomiast problem opowiedziany jest raczej wyzwaniem, czymś, czego jesteśmy świadomi i co dzięki własnej pracowitości możemy naprawić. Czy rodzice świętych sami byli święci? Bardzo rzadko. A mimo to charakter tych ludzi i ich poczynania są bardzo ważnym elementem hagiografii. Nasi święci więc czasem brali wzór z rodziców, czasem przeciw nim się buntowali. Łatwiej było im pojąć złożoność świata, gdy wiedzieli więcej.
Bohater kryminałów Agaty Christie, Herkules Poirot, często podejmował się rozwiązania zagadek z przeszłości, nawet jeśli nie było już szans na ukaranie winnych. Dlaczego? Odpowiadał, że trzeba wiedzieć. Już sam fakt ujawnienia był aktem sprawiedliwości. Kiedy historii nie znamy, ona nami rządzi. Gdy zaś poznamy ją i powiemy, zyskujemy nad nią panowanie.
We władzy amnezji
W ostatnich latach nie panowaliśmy nad historią. Przeszłość niektórych jest kolorowana, o innych lepiej nie wspominać. Wielcy budowniczowie III RP do dziś nie doczekali się porządnych monografii biograficznych. Jedna z takich prób, biografia Lecha Wałęsy, którą napisał Paweł Zyzak, zakończyła się brutalną nagonką na jej autora. Oburzał sam fakt sięgnięcia do mniej chlubnych epizodów z życia przywódcy. Podobna debata powinna się odbyć nad dokumentami dotyczącymi agenta „Bolka”. Jak na razie jej nie ma. Pewne aspekty naszej przeszłości zostały uznane za niegodne analizy. Zajmowanie się nimi nazwane zostało podłością. Przepraszam, jaka to podłość, jeśli uznaję cię za osobę na tyle ważną, że chciałbym się o tobie dowiedzieć więcej? Zwłaszcza jeśli sam masz na mnie wpływ, jeśli każą mi ciebie podziwiać i brać wzór. Jeśli tak, to chciałbym się dowiedzieć, kim byli twoi rodzice. Każdy życiorys jest dobry, o ile jest prawdziwy.
Profesor Ryszard Terlecki, historyk czasów najnowszych, były dyrektor krakowskiego oddziału IPN‑u, teraz poseł PiS‑u, wyznał: „Od chwili upadku PRL‑u należałem do zwolenników ujawnienia wszystkich tajnych dokumentów wyprodukowanych w ciągu półwiecza władzy komunistycznego reżimu. Nie przypuszczałem, że tym samym domagam się ujawnienia rodzinnej tajemnicy”. Przeszłość Olgierda Terleckiego, pisarza i współpracownika bezpieki, ujawnił jego syn. Był to winien ludziom wokół, ale też własnemu ojcu. Najlepsza historia to ta, która jest prawdziwa. Dzięki jej odsłonięciu unikamy niedomówień, zbyt łatwych oskarżeń i hipokryzji. Możemy oddać ludziom sprawiedliwość, bo poznajemy ich motywy i dostrzegamy, że oprócz rzeczy haniebnych w ich życiu zdarzały się także momenty godne podziwu. I wreszcie zaczynamy sami siebie rozumieć lepiej. Jak pisał Ryszard Terlecki w swoim przejmującym tekście: „Postanowiłem napisać o moim Ojcu nie tylko dlatego, aby pozostać wiernym przekonaniu, że należy rozjaśniać mroczne zakamarki naszej niedawnej przeszłości. Jestem mu to winien także dlatego, że być może sam miałem udział w historii jego zdrady. A także nie chcę, by ktoś, kogo nie obchodzą zawiłości tamtych czasów, wydał łatwy wyrok”.
Ufać, nie ufać
Nie wierzę ludziom, którzy mówią, że wybory ich rodziców nie miały na nich żadnego wpływu. Że atmosfera, w której dorastali, jest pozbawiona znaczenia. Że nie słuchali rozmów, jakie toczyły się w domu, a miejsce pracy rodzica było dla nich całkowicie nieznane. Oni tym wszystkim nasiąkali. Wszyscy tym nasiąkamy. Jeśli tej historii nie zintegrujemy, nie poskładamy w całość, nie zdobędziemy się na dojrzałą ocenę, to te rzeczy będą gdzieś w nas siedzieć, wypływać i tworzyć.
Jeszcze jedna historia z życia. Jeden z polskich biskupów jako kleryk był szantażowany przez SB, że przełożeni seminaryjni dowiedzą się o członku jego najbliższej rodziny, który popełnił samobójstwo. Dla ambitnego kleryka z niewielkiej wioski był to spory problem. Otwierały się przed nim drzwi kościelnej kariery, a tu nagle pojawia się ryzyko ujawnienia wstydliwego dla niego faktu. Ów kleryk nie dał się jednak złamać. Poszedł do przełożonego i o wszystkim opowiedział. Do szantażu nie doszło i nie było żadnego werbunku. Przełożeni też nie zareagowali tak źle. W końcu ten wstydliwy fakt istniał głównie w głowie kleryka, to był jego problem! Przestał sprawiać kłopot, gdy został ujawniony.
Jaki z tego wniosek? Przyszłość można wybierać tylko wtedy, gdy przeszłość jest znana i przezwyciężona. Dowód na prawdziwość tej tezy jest bardzo prosty. Jeśli ktoś mówi teraz, że przeszłości i genealogii nie można ujawniać, bo i tak nie ma nic wspólnego z teraźniejszością, popada w sprzeczność. Bo dlaczego nie ujawniać przeszłości? Dlatego, że teraz może zaszkodzić? Jeśli tak, to znaczy, że ma wpływ na teraźniejszość. Proszę się zdecydować. W każdym razie dziękuję przeciwnikom ujawniania genealogii za najlepszy argument.
Szukam swojej genealogii nadal.